Pisarze, jak sama nazwa wskazuje, powinni pisać. To powinno być ich główne zajęcie, którym nie tylko się zajmują, ale które również daje im pasję, przyjemność, i to, co najważniejsze, daje im potrzebne wynagrodzenie. To ostatnie, czyli zarobki, powinno być celem pisarza, ale również efektem jego pracy, aczkolwiek nie należy tego traktować dosłownie. Pieniądze nie powinny być celem samym w sobie, chociaż każdy pałający się piórem, powinien dążyć do tego, aby za swoją twórczość otrzymywać godziwe zarobki, które pozwolą mu nie tylko przeżyć, ale przede wszystkim w dalszym ciągu pisać i to najlepiej bez obciążenia psychicznego, czy wystarczy mu do pierwszego lub kolejnej wypłaty. Przyglądając się niejednej twórczości polskich pisarzy, śmiało można stwierdzić, iż to czy inne dzieło zostało docenione przez czytelników, krytyków, spotkało się z przychylnym przyjęciem kolejnych pokoleń, uznaniem reżyserów, którzy po latach zekranizowali ów twórczość, a na koniec, co może zaskoczyć niejednego czytającego niniejszy tekst, spotkało się z … finansową klapą! Z różnych przyczyn dochodziło do takich sytuacji. Chociaż niejeden pisarz potrafił pisać, to już z kolei nie potrafił przypilnować swoich własnych finansowych spraw. Często się zdarzało, że twórczość danego pisarza w okresie jego życia całkowicie nie znajdowała uznania współczesnych, albo ów twórca miał pecha i trafiał na wydawcę-oszusta lub przynajmniej na tyle kreatywnego biznesmena-wydawcę, że ten ociągał się z wypłacaniem należnego pisarzowi honorarium. Wreszcie wielu pisarzy źle rządziło się swoim majątkiem, czyli żyli ponad stan, popadali w długi, mieli problem z różnymi uzależnieniami, których „leczenie” pochłaniało kolosalne środki finansowe. Jak wspomniałem wariantów, przyczyn powodzenia lub biedy finansowej, w którą popadali pałający się piórem, było całe mnóstwo i to na każdym etapie dziejów. Dla dokładnego zobrazowania zjawiska przyjrzymy się więc jednej wybranej epoce – okresowi Młodej Polski, czasom rodzącego się państwa polskiego i XX-lecia międzywojennego, którym ostatnio sporo się interesuję.

W tekście tym przyjrzymy się kilkunastu pisarzom, oraz poetom, którzy nie tworzyli wprawdzie prozy, ale również żyli z pióra, podobnie, jak i ich koledzy piszący dłuższe teksty niż wiersze.

 

Jak sobie radzili pisarze i poeci z obecnej i przyszłej podstawy programowej oraz ci, których twórczość nigdy w niej się nie znalazła, pod względem finansowym?

Z pióra wprawdzie wielu starało się żyć w okresie 20-lecia międzywojennego, ale tylko kilku rzeczywiście się to udało. Należą do nich Tadeusz Dołęga-Mostowicz, Julian Tuwim, Antoni Słonimski, Tadeusz Boy-Żeleński. Pozostali albo cierpieli ogromną biedę, albo ledwo wiązali koniec z końcem, albo życie upływało im na pożyczkach, wykłócaniu się z wydawcami, albo wreszcie szukali innych dróg ratunku i poprawy swojej kiepskiej sytuacji finansowej. Gdy jednak wnikniemy głębiej w powodzenie twórczości czterech wymienionych powyżej pisarzy i poetów, to jedynie ten pierwszy, Dołęga-Mostowicz, mógł w całości poświęcić się pisaniu tego, co chciał i za co później otrzymywał ogromne honoraria. Pozostali trzej musieli w pewien sposób chałturzyć i poświęcać się pisaniu dla pieniędzy. Tuwim i Słonimski z samej poezji nigdy nie dali by rady wyżyć, dlatego żeby dobrze zarobić, pisali inne teksty niż tylko wiersze. Otrzymywali za to kolosalne pieniądze, aczkolwiek całe w zasadzie życie wstydzili się tego rodzaju twórczości, stąd wydawali je głównie pod pseudonimem. W przypadku zaś tego ostatniego, Boya-Żeleńskiego, zarabiał godziwie tylko dlatego, że pisał recenzje teatralne. Dzięki temu mógł się poświęcać innemu pisarstwu, gdyż było go na to stać.

Jak to było w praktyce w przypadku tych i innych autorów przeczytajcie poniżej.

 

Tadeusz Dołęga-Mostowicz, finansowa gwiazda polskiego pisarstwa

 

Gdy porówna się jego zarobki do innych osiąganych w różnych zawodu w Polsce okresu międzywojnia, to z pewnością każdy przyznałby, iż Tadeusz Dołęga-Mostowicz był finansową gwiazdą polskiego pisarstwa. Dochody, jakie uzyskiwał z pisarstwa były ogromne. Takiego dochodu nie uzyskiwał nikt inny. U szczytu sławy wydawał 2 książki rocznie! W ten sposób wypracował swoją markę osiągając przed wojną dosłownie mistrzostwo literackie. Wydał bowiem 17 powieści z których część nawet dziś jest niezwykle popularna. Zarabiał ok. 15 tys. zł miesięcznie! Za scenariusz filmowy pobierał ok. 6 tys. zł, a za samego Doktora Wilczura zainkasował 8 tys. zł! A wszystko to w czasach, gdy przeciętna pensja wynosiła ok. 30 zł miesięcznie, pensja premiera rządu 1500 zł, natomiast prokuratora generalnego 3500 zł. Z drugiej jednak strony nie można się dziwić, czemu Dołęga-Mostowicz zarabiał tak dużo. Jego książki ukazywały się w całości drukiem oraz dla zwiększenia nakładów w częściach w prasie w odcinkach. Miał przy tym takie samozaparcie, że nigdy nie opóźniał się z dostarczeniem kolejnego odcinka do gazety. Sumiennie podchodził więc do sprawy w przeciwieństwie do wielu innych autorów, którzy musieli mieć nieraz kilka dni na napisanie czegokolwiek. Dla przykładu inny dobrze zarabiający pisarz, Boy-Żeleński, nigdy na rano po wieczornym teatrze, nie był w stanie dostarczyć recenzji, lecz jedynie drobną wzmiankę dla zainteresowania czytelników.

T.Dołęga-Mostowicz

Tadeusz Dołęga-Mostowicz, źródło: http://www.filmweb.pl

Powracając do Dołęgi-Mostowicza odniósł on niebywały sukces literacki, do czego przyczyniła się bardzo mocno druga jego powieść „Kariera Nikodema Dyzmy”. Ukazała się ona w formie książkowej oraz była drukowana na łamach dziennika ABC w latach 1930-1931. Czytali go wszyscy, nawet ci, którzy mówili, że go nie czytali. Miarę jego sukcesu potwierdza w pewien sposób także to, że zatrudniał stałą asystentkę, Wandę Piątkowską, której płacił bardzo duże pieniądze – 1 tys. zł miesięcznie za całkowita dyspozycyjność oraz biegłe pisanie na maszynie! Być może jego kariera eksplodowałaby jeszcze mocniej, może nawet poza granicę Polski, gdyby nie wybuch wojny. Tuż przed jej wybuchem nawiązał bowiem współpracę z Hollywood pisząc dwa scenariusze. Tajemnicza śmierć Dołęgi-Mostowicza przerwała niestety oszałamiające pasmo sukcesów tegoż pisarza.

 

W kręgu Skamandrytów – bogaci i biedni

pod_picadorem_1

 

W skład grupy Skamander wchodziło pięciu poetów: Julian Tuwim, Antoni Słonimski, Kazimierz Wierzyński, Jan Lechoń oraz Jarosław Iwaszkiewicz. Chociaż niektórzy szczerze się nie lubili, to jednak grupa funkcjonowała lepiej lub gorzej jakoś razem. Problemy zaczęły się z dwóch powodów. Po pierwsze część członków grupy z czasem pożeniła się i przestała brać udział w tak częstych, jak do tej pory, eskapadach całonocnych zakrapianych alkoholem (zobacz artykuł Nałogi i słabości polskich poetów, pisarzy, malarzy … na ten temat). Byli to Tuwim, Wierzyński oraz Iwaszkiewicz (pomimo, iż był gejem). Pozostali, Słonimski oraz Lechoń, dalej włóczyli się po nocach od lokalu do lokalu. Drugi bardziej istotny powód rozbijania grupy od środka to różne dochody, jakie uzyskiwali członkowie ze swojej pracy. Tuwim i Słonimski zarabiali poważne pieniądze, natomiast pozostałym gorzej się wiodło, chociaż najbardziej dramatycznie było z Lechoniem.

Tuwim był najbardziej pożądanym autorem już w roku 1919 mając wtedy zaledwie 25 lat, chociaż nie skończył polonistyki na Uniwersytecie Warszawskim. Jego nazwisko było synonimem sukcesu. Głównie uzyskiwał dochody ze skeczy kabaretowych, aczkolwiek pisywał niemal wszystko: różne dialogi, liryczne piosenki, skecze. Wiele z napisanych przez niego piosenek było później śpiewanych przez wielkie gwiazdy polskiej muzyki rozrywkowej. W okresie międzywojnia przez Hankę Ordonównę, a później po latach przez takich artystów jak Ewa Demarczyk, Marek Grechuta czy Czesław Niemen. Tuwim ze słynnym kabaretem „Qui Pro Quo” miał zawarty kontrakt na wyłączność, który opiewał na sumę ok. 4 tys. zł miesięcznie bez względu na to, czy pisał, czy też nie. Mawiał, iż pracując przez 3 dni nad twórczością kabaretową, mógł swobodnie przez kolejnych 27 dni pisać wyłącznie wiersze. Sytuację finansową Tuwima skomplikowała nieco wojna. Zmuszony został, jako Żyd, do emigracji, a że poeta plótł bzdury polityczne o potrzebie przyjaźni z ZSRR i Józefem Stalinem, toteż rząd londyński cofnął mu zasiłek finansowy. Znalazł się przez to z dnia na dzień w trudnej sytuacji materialnej. Dzięki pomocy niezwykle popularnego pianisty, Artura Rubinsteina, również Żyda polskiego pochodzenia, jak Tuwim, zdołał się ten ostatni utrzymać jakoś, chociaż to właśnie problemy finansowe wpłynęły na jego decyzję o powrocie do komunistycznej Polski. Opłaciło mu się to bardzo, bowiem na miejscu czekała na niego limuzyna, mieszkanie w pełni umeblowane, willa w Aninie oraz gazety gotowe drukować wszystko, co tylko napisze ten mistrz polskiej poezji XX wieku. Otrzymał po powrocie nad Wisłę stanowisko dyrektora artystycznego i literackiego Teatru Nowego.

Równie dobrze jak Tuwimowi, wiodło się także Antoniemu Słonimskiemu, który zarabiał głównie na pisaniu felietonów oraz recenzji. Nie mając żony dość długi czas bawił się z Lechoniem, a że ten ostatni najgorzej zarabiał z grupy Skamander, toteż finansował wspólne wyjścia z nim.

Każdy orze jak może, jak to się mówi, a skoro tak, toteż pozostali członkowie grupy musieli sobie jakoś radzić. Nie mogąc wyżyć z samego pisania piórem robili to, co większość literatów w ówczesnej Polsce. Łączyli więc swoje pisarstwo z innymi bliższymi lub dalszymi tej działalności związkami. Tylko w ten sposób mogli zapewnić sobie godną egzystencję, która pozwalała im na tworzenie czegoś literackiego.

Kazimierz Wierzyński łączył z pisarstwem działalność dziennikarską. Był dziennikarzem sportowym, redaktorem naczelnym „Przeglądu Sportowego”, którą to gazetę uratował nawet przed upadkiem. Napisał tomik „Laur olimpijski”, za który otrzymał następnie złoty medal olimpijski.

Pozostali dwaj Skamandryci Jan Lechoń oraz Jarosław Iwaszkiewicz wybrali karierę w dyplomacji, aby jakoś godziwie żyć. Sytuacja materialna Lechonia poprawiła się po raz pierwszy, gdy został redaktorem pisma satyrycznego „Cyrulik Warszawski”. Gdy sprowadzał do Polski prochy Juliusza Słowackiego, został zauważony przez Piłsudskiego, co wspólnie ze znajomością Wieniawy-Długoszowskiego oraz Józefa Becka, dało mu stanowisko państwowe. Mianowicie, w 1930 roku Lechoń został attaché kulturalnym przy ambasadzie polskiej we Francji, co zaowocowało w jego przypadku radykalną poprawą sytuacją finansową, ale również ożywionymi kontaktami towarzyskimi. Podczas pobytu paryskiego pomógł nawet swojemu koledze Iwaszkiewiczowi wydając za pieniądze ambasady dwa jego dzieła.

Wywołany Jarosław Iwaszkiewicz zaczynał od pracy korepetytora w polskich dworkach na Ukrainie. Gdy jednak wybuchła wojna z bolszewikami stracił możliwość dalszej pracy i ruszył do Warszawy. Tam znów mu nie szło w pracy korepetytora, jak również na stanowisku dziennikarskim. Miłą odmianą jego losu był ślub z Anną, jedyną córką bardzo bogatego warszawskiego fabrykanta Stanisława Wilhelma Lilpopa, który przekazał młodym posiadłość Stawisko. Po jego samobójczej śmierci Iwaszkiewiczowie odziedziczyli bardzo duży majątek. Mimo to jednak poeta wiedział, że musi zapewnić sobie jakąś podstawę egzystencji. Z początkiem lat 20. XX wieku podjął pracę w Kancelarii Sejmu zostając sekretarzem Macieja Rataja, co otworzyło przed nim podwoje dyplomacji. Przez kilka lat obejmował stanowisko sekretarza ambasady polskiej w Kopenhadze, a następnie Brukseli.

 

Łączenie pisarstwa z czym się tylko da

Inni pisarze również byli zmuszeni do łączenia pisarstwa z innymi pracami mniej lub bardziej związanymi z piórem. Bez tego nie byliby w stanie żyć, tworzyć, ale również bawić się w różnych znanych warszawskich lokalach, podróżować do lubianych przez świat artystyczny miejsc w Polsce jak Zakopane czy Jurata.

Boy-Żeleński otrzymał w stolicy w 1922 roku pracę w Teatrze Polskim, ale pracował tam zaledwie przez rok. Już w 1923 roku przyjął – z pośród kilku ofert – bardzo intratną fuchę w „Kurierze Porannym”, jako recenzent teatralny, co dało mu wysokie wynagrodzenie, ale przede wszystkim spokój, który mógł wykorzystać na zajęcie się tłumaczeniem oraz wydawaniem klasyki literatury francuskiej.

Tadeusz-Boy-Zelenski

Tadeusz Boy-Żelenski, źródło: http://www.wysokieobcasy.pl/wysokie-obcasy

Lwowski poeta Henryk Zbierzchowski, żeby w godziwy sposób żyć, musiał łączyć pisarstwo z pracą radcy Izby Skarbowej.

Pisarstwo łączył z innym zawodem Bolesław Leśmian, który z zawodu był prawnikiem i wykonywał dość opłacalny zawód notariusza w Hrubieszowie, a przez pewien czas także w Zamościu. Zapewne żyłby godziwie, gdyby nie jego łatwowierność względem podwładnych oraz skłonności do regularnego grania i przegrywania w ruletkę.

Nie każdy z twórców chciał jednak żyć z pisarstwa. Byli i tacy, którzy od pracy literackiej woleli karierę zawodową. Do takich osób zaliczała się np. Kazimiera Iłłakowiczówna, która od własnej kariery poetyckiej bardziej ceniła pracę asystentki Marszałka Józefa Piłsudskiego.

Interesującą alternatywą było również otrzymanie jakiegoś honorarium z państwowej lub samorządowej kasy. Nie wielu jednak się na to załapało. Dostąpił takiego zaszczytu m.in. Kornel Makuszyński, który otrzymał z miasta Poznania dożywotnią miesięczną nagrodę w wysokości 500 zł.

Kornel Makuszynski. Reprodukcja: FoKa/FORUM

Kornel Makuszyński, źródło: http://culture.pl/pl/tworca/kornel-makuszynski

Dla wielu formą walki o finansowy los było zostanie członkiem Polskiej Akademii Literatury, bowiem za udział w posiedzeniach otrzymywali diety, a ponadto zwrot kosztów podróży do Warszawy dla tych, którzy byli przyjezdni. Nie było to jednak żadne gigantyczne sumy, pozwalały raptem związać koniec z końcem.