Zachęcając na początku 2016 roku na moim nieistniejącym już dzisiaj blogu know-howhistoria.blogspot.com do przeczytania książki pt. „Polskie Imperium” Michaela Morysa-Twarowskiego, wydanego nakładem Ciekawostki Historyczne.pl, byłem zaintrygowany interesującym pomysłem tegoż autora. Postawił on sobie za cel udowodnienie, że istniało polskie imperium. Do tej pory nikt nigdy nie używał terminu „imperium” w stosunku do Polski czy istniejącej później Rzeczypospolitej, ale, co autor podkreśla w tekście, określano w ten sposób Szwecję, Rosję, Turcję … „A właśnie, że istniało” kończy Morys-Twarowski prolog swojej książki. Po jej przeczytaniu mogę śmiało przyznać, iż dostarczyła mi ta lektura nie lada rozrywki. Pozycja ta jest fascynująca, czyta się ją błyskawicznie, ale …, no właśnie. Pomimo barwnych opisów poszczególnych rozdziałów, mnóstwa ciekawostek, które autor podał w tekście, Morys-Twarowski wyciągnął wnioski całkowicie błędne. Stwierdzenia, że

dawniej nie było problemem, z kim graniczyła Polska, bo … graniczyła, z kim chciała

są tak zastanawiające, iż każą postawić zasadnicze pytanie, czy autor pisał na pewno o Polsce, czy może o starożytnym Rzymie? To państwo, graniczyło z kim chciało, gdyż po pokonaniu Kartaginy w całym basenie Morza Śródziemnego nie miało sobie równego przeciwnika.  A może Morys-Twarowski miał na myśli Imperium Mongolskie, też by się zgadzało, że graniczyło z kim chciało, gromiąc po kolei napotkane państwa w swoim pochodzie ze stepów azjatyckich.

Słusznie „Polskie Imperium” jest bestsellerem, przynajmniej tak podaje Wydawnictwo Ciekawostki Historyczne.pl. W każdym bądź razie w pełni na to zasługuje ta książka, aby ją kupić, przeczytać i włączyć w swój historyczny księgozbiór. Nie powinno to jednak przesłaniać mankamentów, iż autor wyciągnął błędne wnioski lub je wyolbrzymił. Trudno się zgodzić, aby imperium – bez względu, jakie – zdobywało w 12 ludzi Sztokholm i było z racji zdobycia tego miasta, uznawane za takowe. Imperium, gdy atakowało przeciwnika, to zalewało jego terytorium swoją armią, nie miało problemów z zebraniem wojska, opłaceniem jego żołdu, ochroną granic (chyba, że w momencie upadku). A nasza „imperialna” Polska pełna była takich bolączek.

Podtytuł książki „Wszystkie kraje podbite przez Rzeczpospolitą” jest mylny terminologicznie, gdyż w trzynastu rozdziałach pojawiają się kraje, regiony, ziemie podbite zanim w ogóle zrodziła się „Rzeczpospolita”. Takowy termin występuje dopiero od 1569 roku i słynnej unii lubelskiej, a tymczasem mamy opisane np. zdobycze Bolesława Chrobrego na wschód od ówczesnej Polski piastowskiej. Ktoś mógłby powiedzieć, że to zwykła uszczypliwość z mojej strony, ale jakby nie patrzeć, dla historyka istotnym jest trzymanie się terminologii. Wymagam tego od uczniów na lekcjach. Polska to Polska, Rzeczpospolita to Rzeczpospolita, podobnie jak ZSRR to nie Rosja, gdyż ta była tylko jednym z tworów wschodzącym w skład ZSRR i do tego występującym, jako RFSRR. Poprawna terminologia historyczna jest ważna. Nie można tak po prostu szafować słowami, gdyż łatwo mógłby ktoś zacząć używać synonimicznie określenia dla Polski piastowskiej np. PRL. Teoretycznie mógłby, w końcu PRL odnosi się Polski, ale tylko po części.

Szkoda, że Morys-Twarowski nie znalazł miejsca na ponad 300 stronach na opisanie, w jaki sposób zrodziło się to „Polskie Imperium”. A wystarczyło podać dwie daty i do nich konkretne wydarzenia. Jedną był rok 1385 i zawarcie unii w Krewie. Drugą z kolei była wspomniana już data 1569, gdy zawarto unię lubelską i powstała w ten sposób „Rzeczpospolita Obojga Narodów”, czyli połączone państwo polsko-litewskie. Cóż to za „imperium”, które powstało NIE w wyniku podboju, ale kompromisu, zmierzającego do połączenia, w kontekście walki z sąsiadami, gdyż razem lepiej z nimi walczyć, niż osobno. Podanie tych dat i wydarzeń powinno być moim zdaniem punktem wyjścia tej książki, ale autor wolał zacząć od prologu opisującego wyprawę Władysława IV Wazy na Moskwę oraz pierwszego rozdziału opisującego wyprawę Bolesława Chrobrego na Kijów.

Kolejną kwestią, którą chciałem poruszyć, jest wybór przez autora materiału. Jak informuje w prologu, dokonał selekcji, aby nie tworzyć kolejnego kompendium z faktami i nazwiskami. Ok., zrozumiałe, ale nie do końca zrozumiałym jest, iż

z każdą przewróconą stroną książki będzie stawał się [tytuł] coraz bardziej uzasadniony.

Czy aby na pewno?  Morys-Twarowski uznaje za uzasadnienie „imperialności” Polski wniesienie przez Bonę, poprzez małżeństwo z królem Zygmuntem I Starym, księstw włoskich Bari i Rossano, zakończoną porażką próbę opanowania Szwecji przez Zygmunta III Wazę na podstawie swoich praw do korony szwedzkiej po ojcu Janie, nieporadne i skazane z góry na porażkę próby założenia kolonii przez lennika Rzeczypospolitej, władcę Kurlandii Jakuba Kettlera w Afryce czy na wyspie Tobago na Morzu Karaibskim lub wreszcie skorzystanie z zadłużenia Zakonu Krzyżackiego i kupienie Spiszu. To nie są dowody „imperialności”. W ogóle, dziwię się, że autor uznał próby za potwierdzenie supermocarstwowości, np. próby Kettlera założenia kolonii morskich (w zasadzie skończyło się na próbach, gdyż ciężko nazwać to, co tam założył książę kurlandzki za kolonie z prawdziwego zdarzenia, skoro nie dysponował właściwie osadnikami kurlandzkimi, lecz ludnością wielu krajów europejskich, a ponadto jego osadnicy byli stale wybijani przez plemiona okoliczne a statki zajmowane przez różne potęgi kolonialne). Gdyby pominąć, iż Kettler nie reprezentował Rzeczypospolitej a siebie, to dowodem imperialności byłyby fakty dokonane, czyli założenie kolonii, jej prosperowanie, handel, rozszerzenie terytorium, a przede wszystkim uznanie przez inne państwa itp. Uznawanie prób za fakty nie oznacza jeszcze statusu mocarstwowości. Próby to próby, a fakty to fakty. Polska w latach 90. XX wieku aspirowała do włączenia w struktury NATO oraz unijne. Nie uznamy ich za fakt przystąpienia do obu tych organizacji, gdyż to nastąpiło dopiero w 1998 i 2004 roku. Aż do tych lat pozostaną jedynie próbami wstąpienia i to nie wpływało na wzmocnienie pozycji Polski. Ta wzrosła dopiero od momentu akcesji Warszawy do NATO i UE, chociaż też nikt tego nie uznał za potwierdzenia statusu mocarstwowego Polski.

O jakim „Imperium Polskim” pisał w takim razie w książce Morys-Twarowski? W jego przekonaniu o imperium pełnym sukcesów państwa, tymczasem – co koniecznie trzeba podkreślić – były to nie sukcesy państwa, lecz jego obywateli albo lenników. Za takie bowiem należy uważać bitwy pod Kircholmem, Kłuszynem (kilkakrotnie liczniejsze wojska szwedzkie lub szwedzko-rosyjskie niż polskie), upór i dążenie do obranego celu przez Jakuba Kettlera, który ze strony Rzeczpospolitej nie otrzymał żadnej pomocy w realizacji swoich kolonialnych planów. Należałoby się z resztą zastanowić nad sensem rozdziałów dotyczących Tobago czy Gambii w tej książce, skoro mają traktować o „imperium” Polskim, a nie imperium lennika Rzeczpospolitej, Jakuba Kettlera, władcy Kurlandii.

Pomimo tych pewnych mankamentów książkę Michaela Morysa-Twarowskiego uznaję za potrzebną dla środowiska historycznego w Polsce. Wnosi ona bowiem powiew czegoś nowego w kontekście Polski średniowiecznej i nowożytnej, nawet jeżeli wnioski płynące z tej pozycji są błędne. Autor prezentuje nowy pogląd na ówczesną Polskę, stawia bądź, co bądź, ale ważne pytanie, czy Polska stworzyła kiedyś imperium czy też nie. Najwidoczniej wydaje mu się to dziwne, aby terminem supermocarstwo NIE określać Polski, skoro podawano w ten sposób o Szwecji, Turcji i Rosji.

Książka Morysa-Twarowskiego została napisana ciekawym językiem. Składa się z prologu, trzynastu rozdziałów, noty od autora, przypisów, wybranej bibliografii oraz źródeł ilustracji. Każdy z rozdziałów został wzbogacony o mapkę przedstawiającą, czego dotyczy tekst z zaznaczeniem konkretnego obszaru. Dodatkowo w nawiązaniu do treści rozdziałów zamieszczone zostały również ilustracje.

Pomimo wielu pobożnych życzeń wyrażanych przez autora w książce, jego sentymentem za posiadaniem przez Polskę rozległego obszaru terytorialnego, serdecznie polecam książkę „Polskie Imperium” Michaela Morysa-Twarowskiego.