Zastanawialiście się kiedyś, czemu oglądamy horrory, filmy grozy? Z jakich powodów, co jakiś czas sięgamy po literaturę, filmy mrożące krew w żyłach o wampirach, wilkołakach, demonach, czy masowych mordercach? Szczególnie ci ostatni, z racji, iż są z rzeczywistego świata, zawsze najmocniej przyciągali widownię i czytelników rozpalając wyobraźnię. Odpowiedzi na te pytania będą w wielu przypadkach niezwykle indywidualne. Mnie osobiście najbardziej interesowali ze względu na nietuzinkowość swoich losów, ale przede wszystkim przez ogromną ilość niedopowiedzeń, błędów i wypaczeń towarzyszących ich historii i nawarstwionych przez lata. Żywot jednego z nich, Karla Denke z Ziębic, przedwojennego Münsterberg, postanowiłem pokrótce przedstawić i o dziwo wziąć w … obronę !  

Der Kannnibale Karl Denke nach seinem Suizid am 22. Dezember 1924 im Sarg. Die Aufnahme entstand in der Gerichtsmedizin Breslau.

Der Kannnibale Karl Denke nach seinem Suizid am 22. Dezember 1924 im Sarg. Die Aufnahme entstand in der Gerichtsmedizin Breslau.

Historia Karla Denke rozpoczęła się 12 sierpnia 1870 roku. Urodził się w domu rolnika w jednej z dolnośląskich wsi. Od początku sprawiał pewne problemy wychowawcze, ale raczej nie wpłynęły one na jego późniejsze skłonności zbrodnicze. W wieku 25 lat stracił ojca, a za otrzymane w spadku pieniądze kupił najpierw gospodarstwo rolne z ogrodem, a następnie zamienił dobytek na dom w Ziębicach przy ulicy Teichstrasse nr 19. Był to jednopiętrowy budynek, w którym on sam zajmował mieszkanie na parterze po prawej stronie. Resztę pomieszczeń wprawdzie wynajmował, ale pomimo to popadł w kłopoty finansowe, po części związane z kryzysem spowodowanym działaniami I wojny światowej. Denke został więc zmuszony do sprzedaży domu, w dalszym ciągu pozostał jednak właścicielem mieszkania na parterze. W środowisku lokalnym niczym specjalnym się nie wyróżniał. Z natury był raczej samotnikiem stroniącym od alkoholu, tytoniu i kobiet. Taki dziwak, który większy kontakt zachowywał jedynie z biednymi i bezdomnymi, a od czasu do czasu udzielał im nawet pomocy m.in. zapewniając nocleg. Aby związać koniec z końcem Denke handlował drobnym towarem tj. sznurowadła, skórzane paski, szelki, a do tego również mięsem i kośćmi. Dziwne, że nikomu z najbliższego sąsiedztwa nie przyszło do głowy, skąd brał to mięso. Widocznie sąsiedzi tak interesowali się swoim otoczeniem mieszkalnym na przełomie XIX i XX wieku jak dziś, czyli totalna obojętność, znieczulica, ignorancja patologii. W każdym bądź razie źródło pochodzenia mięsa i kości wyjaśniło się 24 grudnia 1924 roku, gdy do mieszkania handlarza weszła policja w celu zabezpieczenia mienia. Oczom ich ukazał się wstrząsający widok naczyń z peklowanym mięsem, sprzęt do produkcji mydła, czy liczne szelki, paski i sznurowadła wykonane z ludzkiej skóry! Do tego kolekcja zębów, zakrwawione ubrania, papiery, dokumenty ofiar. Wszystko na widoku bez specjalnego ukrywania. W jaki sposób doszło do tego makabrycznego odkrycia? Otóż spowodował je sam Denke, który po prostu popełnił błąd podczas swojej kolejnej zbrodni. Mianowicie, po sproszeniu do mieszkania włóczęgi, Vincenza Oliviera, Denke rzucił się na niego z motyką. Próba pozbawienia go życia nie powiodła się na szczęście. Denke przegrał walkę i Olivier zdołał uciec na korytarz wołając o pomoc lokatorów domu. Następne wypadki potoczyły się wyjątkowo szybko. Olivier zgłosił się na posterunek policji w celu złożenia wyjaśnień. Musiał się liczyć z tym, że jako włóczęga nie znajdzie posłuchu wśród posterunkowych, w końcu teoretycznie oskarżał on obywatela o nieposzlakowanej opinii, pomimo, iż samotnika. Olivier został zamknięty do czasu przeprowadzenia śledztwa. Groziła mu kara więzienia za włóczęgostwo, natomiast sprawa rzekomego napadu mogła najzwyczajniej rozmyć się. Na jego szczęście posterunkowi nie kupili również „bajeczki” handlarza, toteż niebawem obaj panowie biorący udział w zajściu z motyką zostali posadzeni w areszcie, gdzie mieli czekać na dalsze wypadki. Najwidoczniej Denke wiedział, jaki czeka go los w razie zebrania dowodów podczas wizji w jego mieszkaniu, stąd wieczorem podjął radykalną decyzję o samobójstwie. To było dla niego jedyne logiczne rozwiązanie. O godzinie 21: 30 sierżant znalazł Denkego powieszonego na chustce do nosa. W ten sposób uciekł od niewygodnych pytań i ewentualnego dość kłopotliwego dla niego procesu. Dało to jednak śledczym do myślenia, a kolejne czynności, włącznie z odwiedzeniem lokalu oskarżonego, jedynie potwierdzały słuszność zarzutów. Niebawem laboratorium kryminalistyki we Wrocławiu przysyłało wyniki poświadczające ludzkie pochodzenie peklowanego mięsa znalezionego w domu Denkego. Z czasem ustalono również liczbę ofiar wywodzących się z bezdomnych, żebraków i włóczęgów i oszacowano ją na ok. 40 osób. Największym jednak szokiem dla opinii publicznej był handel Denkego na wrocławskich targach, gdzie sprzedawał swoje „mięsne wyroby”. Wraz z kolejnymi informacjami pojawiającymi się w przestrzeni publicznej doszło do kryzysu w branży mięsnej całego dolnośląskiego, do którego przyczyniły się rewelacje na temat wyczynów Denkego, masowego mordercy, zwyrodnialca i no właśnie czy … kanibala?

W 2001 roku w czasopiśmie „Litteraria” ukazał się artykuł Lucyny Biały pt. „Z ciemnych kart historii Ziębic – masowy morderca i kanibal Karl Denke”. Link do artykułu: http://www.bibliotekacyfrowa.pl/Content/29894/Lucyna_Bialy_Z_ciemnych_kart_historii_Ziebic.pdf.

W tekście zostały opisane losy Denkego od narodzin aż do kresu życia, z których jasno wynika, iż był on masowym mordercą. Słusznie więc pani Biały określała go tym mianem. Całkowicie nie mogę się jednak zgodzić z drugim określeniem, pojawiającym się w tytule pracy, „kanibal”. Denke przewraca się pewnie w grobie jak łatwo oskarża się go o tego typu zbrodnię. Biorę w obronę Karla Denke, jako niesłusznie oskarżonego o kanibalizm! W biologii terminem „kanibal” określa się osobnika dopuszczającego się konsumowania innego osobnika tego samego gatunku, a w historii handlarza z Ziębic niczego takiego nie mamy, chyba, że pani Biały nie ujawniła całości swoich badań, pomijając po za handlem kwestię ewentualnego również zjadania peklowanego mięsa ludzkiego. Owszem Denke mordował ludzi, aby ich ciała sprzedawać następnie na bazarach, ale sam nie dopuścił się pożerania ludzi. Nie włożył do buzi choćby malutkiego paluszka żadnej ze swoich ofiar! Do takich wniosków dochodzę oczywiście po zapoznaniu się z dostępną na ten temat literaturą. Należało raczej ująć tytuł pracy o Karlu Denke w ten sposób: „Z ciemnych kart historii Ziębic – masowy morderca i prawdopodobnie kanibal Karl Denke”, ale wydźwięk takiego artykułu nie byłby taki sam jak pierwotnej wersji z Denke jako mordercą i ludożercą. Uproszczenie, które zastosowała wobec tego pani Biały należy uznać za całkowicie błędne, być może wynikające z nieznajomości tematyki ludożerczej. Na prawdę Denke był jedynie inicjatorem kanibalizmu, kimś, kogo działania doprowadziły, nieświadomie wprawdzie, ale jednak, do ludożerstwa. Wykluczam bowiem, żeby sprzedając swoje „mięsne wyroby” na wrocławskich targach myślał nad skutkami tych działań, czyli tym, że Wrocławianie będą konsumowali ciało ludzkie, popełniali ogromny grzech, przekraczali pewne tabu itp., i w związku z tym planował tego typu kanibalską masową ucztę mieszkańców. Z tych względów Karl Denke nie zasługiwał na określenie „kanibal”. Z pozoru wydawać się może, iż „masowy morderca”, a „kanibal” to niezwykle drobna różnica. Dla mnie, ale także każdego innego historyka, jest to jednak kwestia ogromnej wagi, która powinna zostać zgodnie z prawdą sumiennie i rzetelnie opisana.

tumblr_n0cb8tRO8U1qckjxwo5_1280