Odważni, bohaterscy, oddani sprawie Polski, nasi piloci, którzy wsławili się podczas Bitwy o Anglię w 1940 roku. Taki obraz polskiego lotnika, czy nawet polskiego lotnictwa funkcjonuje od 74 lat w wyobrażeniach Polaków. Jest to jednak część prawdy, ta dobra część. Żeby w pełni się wszystko zgadzało, należałoby jeszcze dodać sporo innych cech i faktów, aby uzyskać rzeczywisty wizerunek i oblicze polskich pilotów z okresu przed II wojną światową.

Artykuł powstał na podstawie książki Adama Zamoyskiego pt. Orły nad Europą. Losy polskich lotników w czasie drugiej wojny światowej wydanej nakładem Wydawnictwo Literackie.

 

 

Myśląc o polskim lotnictwie podczas II wojny światowej większość Polaków bez wahania skojarzy od razu Dywizjon 303 i sukcesy naszych pilotów w bitwie o Anglię przeciwko Niemcom. Jest to oczywiście poprawne skojarzenie, ale nie oddaje prawdziwego oblicza polskich sił podniebnych. Narosło tak dużo mitów, że trzeba zderzyć je z konkretnymi faktami. Otóż nie zawsze było tak pięknie i różowo, jak większość myśli … Narosło sporo mitów dotyczących polskiego lotnictwa z okresu przed II wojną światową. Spróbujemy z częścią z nich się uporać.

 

 

Zobacz komiks o Dywizjonie 303 i losach polskich pilotów walczących z Niemcami podczas II wojny światowej.

Prawda zupełnie inna

Chociaż do dzisiejszego dnia brytyjscy historycy zastanawiają się ile zaliczyć polskim lotnikom strąceń niemieckich samolotów podczas II wojny światowej, faktem jest, iż rola Polaków, naszych dywizjonów, była, jeśli nie ogromna, to bardzo wysoka. Można na tej podstawie wysnuć wniosek o fenomenalnym przygotowaniu polskich lotników, zaangażowaniu, zapale, wysokim patriotyzmie, przykładaniu uwagi do budowania solidnych formacji podniebnych przez dowództwo wojskowe sztabu polskiego itp. Tymczasem prawda wyglądała nieco inaczej i jedynymi pewnikami było to, że nasi piloci byli dobrze przygotowanymi patriotami. Chociaż dodać trzeba, że gromadzili doświadczenie ćwicząc na lichym sprzęcie. Cała reszta faktów o polskim lotnictwie czasów wojny zupełnie mogłaby zaprzeczyć polskim ówczesnym sukcesom. Poczynając od opinii sztabu i władz polskich na kwestię lotnictwa a skończywszy na służbie samych pilotów.

 

Liche wydatki na lotnictwo polskie

W relacjach lotnictwo polskie a władze naszego kraju i sztab wojskowy więcej było polityki niż perspektywicznego myślenia o siłach podniebnych. Widać to doskonale po wydatkach na siły powietrzne czy sprzęcie dla pilotów. Gdy w latach 1935-1939 we wrogich hitlerowskich Niemczech w przeliczeniu na 1 mieszkańca wydawano na lotnictwo 100 dolarów, u naszych sojuszników Francuzów 46, a Brytyjczyków 25, to nad Wisłą przeznaczano na siły powietrzne zaledwie … 2 dolary.

 

2 dolary, istny dramat, który odbijał się na sprzęcie i kadrach. Czemu tak mało wydawano? Czyżby dla władz polskich i sztabu nie liczyło się lotnictwo? Ależ nie, liczyło się i to jeszcze jak. Skoro jednak nie poparło w 1926 roku podczas zamachu majowego Józefa Piłsudskiego i jego współpracowników, toteż musiało mieć swoistą karę. Były nią ograniczenia finansowe.

Starość …

Jeszcze bardziej bulwersuje inny fakt. Otóż w maju 1939 roku o wojnie myślało na poważnie już wielu, coraz częściej się o niej mówiło. Mimo to jednak nikt nie wpadł na pomysł dostarczenia polskiemu lotnictwu dobrego sprzętu. Gdy Polska eksportowała nowszy i lepszy sprzęt, jak P.24 czy P.40, do takich państw jak Bułgaria czy Rumunia, nasi piloci ciągle jeszcze męczyli się na P.11 czy nawet P.7, oczekując wprowadzenia nowoczesnego Łosia czy myśliwca nowej generacji. Jak można się domyśleć, wybuch II wojny światowej pokrzyżował szyki polskiemu dowództwu i nie starczyło już czasu na nowy sprzęt.

 

Te dwie sprawy obrazują, że polskie dowództwo wojskowe istotnie nie rozumiało roli lotnictwa w nadchodzącym konflikcie zbrojnym i opieszale reagowało na potrzeby wojska.

 

Celibat dla pilotów?

Szokującą kwestią, jak powyższe, były również wnioski płynące z jednego z przedwojennych raportów, którego konstatacja brzmiała – „dzielność pilotów myślistwa należy utrzymywać przez celibat”. Przy czym celibat rozumiano poprzez zniechęcanie oficerów lotnictwa polskiego do ożenku. Musiał być z tym spory problem, bowiem naprawdę piloci nie mogli stanąć na ślubnym kobiercu przed 24 rokiem życia lub awansem na kapitana. Zdarzały się również przypadki odmowy wydania zgody na małżeństwo starszym oficerom, jeśli panna uznana została za niewłaściwą pod względem sfery, z której się wywodziła.

 

A sfera ta mogła być naprawdę różna biorąc pod uwagę sposób prowadzenia się przez pilotów dwudziestolecia międzywojennego czy ich zarobki. Dochody oficerów były więcej niż skromne, co poniekąd należy wiązać z niechęcią finansowania lotnictwa po zamachu majowym przez obóz piłsudczykowski. Z drugiej jednak strony pensje nie mogły być nie wiadomo jak wysokie skoro zaledwie 14 % oficerów (według statystyk z 1928 roku) posiadało wykształcenie wyższe.

 

Na bakier z przepisami

Z pewnością wykształcenie wyższe przekładało się w jakiejś mierze na funkcjonowanie pilotów w służbie powietrznej. Tutaj należy się zmierzyć z kolejnym mitem dotyczącym naszego lotnictwa z okresu II wojny światowej. Sukcesy podczas wojny to jedno, a dyscyplina i zaangażowanie w służbę to zupełnie coś innego, z czym polskim pilotom było całkowicie nie po drodze. Trudno im było dać się ująć w karby służby wojskowej, bowiem siły podniebne przyciągały rogate dusze. Wielu byłych dawnych kawalerzystów szukało swojej drogi życiowej w lotnictwie, wyobrażając je sobie, jako konnicę przyszłości. Następnie chcieli w tych powietrznych formacjach zachowywać się niczym błędni rycerze. Stawali chętnie – wbrew surowym zakazom – do pojedynków rozumianych, jako jedyny honorowy sposób rozstrzygania sporów. Dodajmy przy tym, iż często sporów wywołanych pod wpływem alkoholu przy kartach lub z powodu kobiet. Przekładało się to na 25 % wynik śmiertelnych pojedynków.

 

 

W istocie pito alkohol na potęgę z braku innych rozrywek i z czasem pijaństwo wyrosło na istną plagę polskiego lotnictwa. Walce z alkoholizmem nie pomagał fakt, że piloci nie mieli zbyt wielu zajęć skoro samolotów było jak na lekarstwo. Jeszcze mniej było do nich paliwa, a lotniska położone na tyle daleko od miast, że naprawdę brakowało innych rozrywek bardziej wyszukanych.

 

Z nadużywaniem alkoholu poniekąd wiąże się specyficzne podejście do umundurowania. W zasadzie przepisy mówiły jedno, a piloci robili swoje, czyli kompletowali różne elementy ubioru dbając bardziej o swój wizerunek niż zgodność z przyjętymi wojskowymi zasadami. Niekiedy nawet posuwali się piloci w celach wygrania zakładu do paradowania w negliżu, mówiąc delikatnie niekompletnie ubrani.

 

Próby naprawy polskiego lotnictwa

Co ciekawe o problemach trapiących siły powietrzne dowództwo doskonale wiedziało. Wskazywały na to liczne raporty, w których grzmieli opiniodawcy stawiając wnioski w stylu

poza technicznym lataniem [lotnictwo] we wszystkich innych czynnościach jest ślamazarne, kapryśne i niezdyscyplinowane. Cechuje je w wysokim stopniu posunięta niepunktualność w wykonywaniu rozkazów, co jest dowodem słabej dyscypliny, którą zastępuje sporadycznie albo dobra wola, fantazja, sympatia do przełożonych, albo dobry humor.

A humor faktycznie był specyficzny, bo jak nazwać zabijanie czasu i nudy poprzez latanie pod mostami, nisko nad ulicami, nad kawalerzystami, aby ich konie poniosły czy między wieżami kościołów.

 

Ambitne plany dowództwa polskiego, co rusz przynosiły pewne zmiany, które miały poprawić dyscyplinę, poszanowanie formacji powietrznych przez społeczeństwo. Podniesiono chociażby wynagrodzenie pilotów, czym wywindowano je ponad przeciętny poziom sił zbrojnych. Znalazło to ujście w garnięciu się wielu młodych ludzi z różnych warstw społecznych do lotnictwa. Dla przykładu do dęblińskiej szkoły w 1935 roku na 100 miejsc przypadało aż 6 tysięcy kandydatów. Historycy nie są jednak do końca zgodni w tej materii i wielu twierdzi, że tak duży nabór nie wynikał z zarobków. Również młodych miała nie przyciągać perspektywa walki. Raczej po prostu była to chęć podboju przestworzy czy postrzeganie wojska, jako najtańszego sposobu nauki pilotażu w dobie rozwijających się cywilnych aeroklubów. Konkurencja była ogromna nie tylko statystycznie.

„Wystarczyło mieć pryszcz na nosie, by zostać odrzuconym”

– zauważali kandydaci sugerując, że żadne pochodzenie, znajomości nie liczyły się, a jedynie znakomity wzrok, szybkość reakcji i wytrzymałość fizyczna.

 

 

To przekładało się na podejmowanie trudów sportowych przez polskich lotników oraz co za tym idzie – spektakularne sukcesy, które nie pozostawały bez echa –

„każdy chłopak w Polsce entuzjazmował się wyczynami czołowych pilotów”.

 

Samotne loty, wygrane zawody, czy długodystansowe rajdy przeczyły pijaństwu, braku dyscypliny, a zarazem potwierdzały wyszkolenie i stanowiły doskonały prognostyk na przyszłość np. na sukcesy podczas Bitwy o Anglię.

 

Oceniając polskich lotników w sposób całościowy, a nie jedynie wybiórczy, musimy pamiętać o tych wszystkich elementach układanki, które tutaj zostały przedstawione. Tylko tak dojdziemy do istotnej prawdy, że nie ma ludzi idealnych, każdy popełnia błędy, na wszystko jest czas, na głupoty i zabawę oraz na trud i poświęcenie dla dobra ojczyzny.