Świat jest pełen różnego rodzaju legend, niektóre powstały współcześnie, inne natomiast towarzyszą ludzkości od wieków pozostając owianymi tajemnicą. Bezsprzecznie w każdej legendzie jest ziarno prawdy, ale czy w tej także?

Morza, oceany, głębia wód i żeglarstwo, wszystko to sprzyjało dziwnym tajemniczym historiom. Poniekąd miało to również związek z marynarzami, którzy lubili różne opowieści rozpuszczać w tawernach i barach portowych. Występowaniu ich sprzyjało także to, iż czasem rzeczywiście dochodziło o irracjonalnych sytuacji, których nikt nie potrafił wyjaśnić. Podejrzewano, że ci, którzy powtarzali takie zagadkowe historie, albo kłamią, albo postradali po prostu rozum i przywidziało im się coś lub ktoś ich okłamał. W przeciwnym razie, jak wytłumaczyć spotkanie ze statkiem widmo, zjawą, które nazywano popularnie „Latającym Holendrem”.

„Latający Holender”

 

Cóż to za statki widmo, zjawy, ów „Latający Holender”? Pewnie nie jeden znawca kina skojarzy od razu ten termin z filmem przygodowym o przygodach pirata, Jacka Sparrowa z „Piraci z Karaibów”. Rzeczywiście, nazwa „Latający Holender” pojawia się w dwóch częściach filmu dla statku dowodzonego przez kapitana Davy’ego Jonesa, który dysponował załogą złożoną z morskich stworzeń. Postać Jonesa nawiązuje luźno do pewnej legendy, ale akurat motyw z filmu nie rozwiązuje zagadki zjaw, widm morskich, o których jest ten artykuł. Jest to raczej powielenie pewnych znanych lepiej lub gorzej wątków na potrzeby kina.

Latajacy Holender Piraci z Karaibów

Statek „Latający Holender ” z filmu Piraci z Karaibów

 

davy_jones_załoga latający holender

Kapitan Davy Jones z załogą swojego statku „Latający Holender” w filmie Piraci z Karaibów

Powracam więc do pytania, jakie statki nazywane były przez wieki „Latającymi Holendrami”? Chodzi o statki, które z reguły opuszczone nagle przez załogę przepadały bez wieści i same dryfowały po morzu, czasami nawet przez wiele lat. Zastanawiano się, w jaki sposób im się to udawało, jak mogły bez załogi omijać skały, wyspy, rafy, lodowe bloki w rejonie polarnym, skoro wiele statków zderzało się z różnymi przeszkodami, chociaż miały stałą załogę ustawicznie pilnującą mórz i oceanów, wypatrujących utrudnień morskich. Nikt nie potrafił w żaden sposób wyjaśnić tego, a skoro tak, to brak logicznego uzasadnienia sprzyjał historiom o statkach widmach, a nawet potwierdzał ich istnienie.

Zaczęło się wszystko od legendy

 

Wszystko się zaczęło na początku XVII wieku, gdy jeden z kapitanów holenderskich, nazwiskiem Hendrik Van der Decken, płynął na swojej łajbie z Amsterdamu w Niderlandach do Batawii na Jawie w Indiach holenderskich, czyli dzisiejszej Jawy w Indonezji. Rejs przebiegał w miarę płynnie do momentu, gdy na wysokości Przylądka Dobrej Nadziei zerwał się potężny sztorm. Załoga prosiła kapitana o wstrzymanie dalszego rejsu statku, ale ten pozostawał nieusłuchany na wszelkie prośby. W pewnym momencie na żaglowcu pojawił się przybysz, niebiański wysłannik, do którego Van der Decken wystrzelił z pistoletu. W efekcie kapitan usłyszał, że nigdy już nie zazna spokoju, nie zejdzie z pokładu statku, a wszystkich, których napotka zaznają od niego nieszczęścia. Przepowiednia miała się spełnić, Van der Decken pływał na swoim statku nie tylko do śmierci ostatniego marynarza, ale nawet później miał przemierzać bezkres mórz i oceanów dowodząc ruchomymi szkieletami.

holender

Kapitanie! Zjawa morska na horyzoncie!

Niekończące się pytania …

 

Wielu marynarzy, którzy widzieli zjawę nie ukrywało, że na widok statku widma zaniemówili. Część jednak po wyjściu z szoku miała wiele pytań, na które nie miał jednak, kto odpowiedzieć. Najbardziej rozpalającym ich wyobraźnię pytaniem było, co stało się z załogą owych widm, zjaw krążących samotnie po wodach świata. Wysuwano różne hipotezy, nieraz całkiem logiczne, innym razem natomiast zupełnie pozbawione rozsądku, przynajmniej takimi się wydają z dzisiejszej perspektywy.

Po pierwsze podejrzewano, że nastąpiło nagłe przechylenie statku pod wpływem wyłaniającej się wyspy wulkanicznej.

Po drugie, czasem, gdy w napotkanych statkach odkryto w kabinach jeszcze ciepłe jedzenie na półmiskach, sądzono, iż załoga musiała zostać zmieciona z pokładu przez atak gigantycznej ośmiornicy.

Równie często doszukiwano się jakiegoś otrucia, zbiorowego szaleństwa załogi, a współcześnie nawet wpływu istot pozaziemskich. Takim hipotezom sprzyjał brak jakichkolwiek logicznych przesłanek do wytłumaczenia tego, co stało się z załogą tej czy innej zjawy morskiej. Brakowało bowiem śladów walki, piractwa czy buntu, a często opuszczanie statku przez marynarzy w łodziach ratowniczych, gdy w schowkach pozostało mnóstwo zapasów żywności, równało się niechybnej ich śmierci. Jakby tego było mało, w eter nie poszedł żaden sygnał „SOS” i każdy inny w ogóle w takich przypadkach komunikat, co dodatkowo jeszcze tylko sprzyjało owianiu całej historii niewytłumaczalną tajemnicą.

 Latajacy Holender

Potwierdzone przypadki „Latających Holendrów”

 

Przykładów sytuacji, gdy spotkano, zauważono, zdobyto „Latającego Holendra”, w dziejach żeglugi było wbrew pozorom, ale sporo, chociaż ja tutaj podaję tylko kilka najsłynniejszych, których przyczyn porzucenia nigdy nie ustalono:

  • 1840 rok – odnaleziono francuski statek „Rosalie”, który dryfował załadowany przy podniesionych żaglach. Na pokładzie nie było marynarzy, ani również nie stwierdzono śladów walki
  • 1850 – odnaleziono statek „Seabird” w pobliżu Newport, na pokładzie był jedynie pies!, natomiast – co zastanawiające – w kuchni stwierdzono gorącą kawę, w kajutach czuło się zapach tytoniu, a ponadto stwierdzono działanie wszystkich instrumentów pokładowych
  • 1883 – niedługą karierę statku-widmo miał szkuner „J. C. Cousins”, który osiadł na mieliźnie u wybrzeży amerykańskiego Oregonu w pobliżu latarni morskiej Camby
  • 1940 – niezwykle tajemnicze odkrycie w Zatoce Meksykańskiej jachtu „Gloria Colite” na którym wprawdzie nie było załogi, ale za to obfitował w żywność pochowaną w schowkach
  • 1953 – zagadek morskich ciąg dalszy, tym razem odkryto statek „Holchu”, który dryfował między wyspami Nicobar i Andaman. Świadkowie potwierdzili na pokładzie obecność paliwa, żywności, natomiast niezwykle zastanawiającą kwestią była sprawa załogi, ponieważ wszystko w kajutach wskazywało na to, że tuż przed odkryciem na statku został podany posiłek.

Jeden z „Latających Holendrów” na półkuli północnej

Kapitanie! Góra z dwojgiem oczu na horyzoncie?!

 

Skoro jeden „Latający Holender” wywoływał zdziwienie, to w takim razie, jak należy zareagować na dwie zjawy? Dobre pytanie …

Ktokolwiek zobaczył morską zjawę na morzu, porzuconą samotnie, prującą przez fale oceanu, z pewnością zapamięta ten widok do końca życia. Nie jeden świadek takiej obecności był totalnie zdziwiony odkryciem. Z resztą też pewnie bylibyście, podobnie, jak i ja, mocno zdziwieni. Cóż natomiast poczulibyście na widok dwóch takich zjaw? Nieprawdopodobne, żeby mogło się ziścić? Otóż nie, życie potrafi zaskoczyć całkowicie, przekonała się o tym załoga kanadyjskiego statku płynącego na północ od wyspy Nowej Funlandii w pobliżu Kanady. Pod tą długością i szerokością geograficzną bardzo łatwo spostrzec różnej wielkości góry lodowe, które przesuwały się powoli z prądami morskimi w sobie jedynie wiadomym kierunku. 6 kwietnia 1951 roku Kanadyjczycy napotkali opodal swojego kursu taką właśnie górę. Samotny ostaniec lodowy wychodzący jakby z wody. Zameldowano kapitanowi o tajemniczym odkryciu i dowódca zarządził zmianę kursu. Jakież było jego i załogi zdziwienie, gdy podpłynęli do góry i ich oczom ukazały się wysoko, ponad 50-60 metrów nad taflą wody, dwa żaglowce wtopione w lód, które w dodatku były zwrócone w tym samym kierunku. Zachodzili w głowę jak one się tam znalazły, a jedynym sposobem, żeby to ustalić, było wspięcie się po pionowej bryle lodu. Brak odpowiednich narzędzi przekraczał możliwość załogi w tym zakresie. Wobec tego kanadyjski statek kontynuował swoją dalszą podróż, a tymczasem góra odpłynęła na południe. Topniejąc, najprawdopodobniej wciągnęła pod wodę oba żaglowce. Po latach podejrzewano, że były to statki „Erebus” oraz „Terror” z zaginionej ekspedycji polarnej Johna Franklina w 1845 roku!  Czyżby samotnie pływały przez 106 lat? Być może rzeczywiście to były statki z tej wyprawy, w każdym bądź razie nigdy więcej nic podobnego się nie wydarzyło.

Długi czy krótki okres istnienia morskiej zjawy?

 

Myśląc o morskich zjawach nierzadko zastanawiamy się, w jaki sposób były w stanie one samotnie przemierzać bezkres oceanów bez załogi, a ponadto nie ulegać różnego rodzaju awariom. O ile w kontekście półkuli północnej tłumaczono sobie, iż lód jest świetnym konserwantem, o tyle brakowało racjonalnych wytłumaczeń dla półkuli południowej, gdzie jednak statki są bardzo często narażone na algi, korozję, butwienie. Wszystko to teoretycznie mogło wpłynąć na krótką egzystencję morskiej zjawy. W praktyce jednak nie zawsze tak następowało. W historii znajdziemy kilka przypadków, które potwierdzały każdą z tych reguł, ale również od nich odchodziły będąc ciekawym wyjątkiem. Ja prezentuję tutaj dwa przypadki zjaw morskich, które nie wiedzieć dlaczego, potrafiły przez lata w niekorzystnym dla statków klimacie wód południowych, pływać po morzach i oceanach:

  • Statek „Marlborough” odkryty w 1923 roku na południe od Ziemi Ognistej w Ameryce Południowej, który został zarejestrowany w pierwszych dniach XX wieku i który tajemniczo zaginął w rejonie, gdzie został odnaleziony. Gdy go odkryto po ponad 20 latach był cały pokryty zielonymi algami. Mimo, iż nikt go nie czyści, nie konserwował przez tyle lat, w dalszym ciągu nie tylko utrzymywał się na wodzie, ale jeszcze dodatkowo w rejonie jednej z najtrudniejszych przepraw morskich na świecie, czyli w Cieśninie Magellana.
  • Statek „Florence Edgett”, który na początku XX wieku przez ponad 10 lat, przepłynął samotnie z Pacyfiku na ocean Atlantycki przez wody okrążające Ziemię Ognistą, a następnie zatonął na wodach Morza Sargassowego.

 Zjawa morska

Na koniec …

 

Podsumowując niniejszy wpis dotyczący istnienia lub nieistnienia legendarnego statku-widmo, tzw. „Latającego Holendra”, należy odpowiedzieć jednoznacznie, iż nie możliwym jest stwierdzenie prawdziwości opowieści o kapitanie Van der Deckenie i jego załodze. Pewnym jest natomiast, że ów termin „Latający Holender”, którym określano statek Holendra, z czasem zaczął być wykorzystywany dla nazewnictwa wszystkich statków porzuconych na pastwę losu na morzach i oceanach. Jedne z tych łajb przepadały na lata bez wieści, innych samotna kariera trwała nader krótko, gdy wpadły w końcu na rafy, skały, inne przeszkody morskie. Jeszcze inne miały wyjątkowo długi żywot, przez co mimowolnie wpływały na morskie opowieści nadając po wsze czasy wszystkim statkom, które przepadły bez wieści, nutkę tajemniczości.

 

Chcesz więcej poczytać o tematyce morskiej, interesujesz się marynistyką? Zajrzyj pod link Piracka Libertatia w Zatoce Diego Suarez na Madagaskarze, czyli początek komunizmu na świecie?