Trudności w egzekwowaniu prawa w Rzeczypospolitej

 

Rzeczpospolita Obojga Narodów była dla jednych krajem mlekiem i miodem płynącym, z rozległym terytorium, ogromnym potencjałem i jeszcze większą swobodą, rzecz jasna swobodą szlachecką. Dla innych natomiast był to kraj ucisku i niedoli, nadmiernej pańszczyzny, rozprzężenia i niepraworządności oraz ogromnej brutalności i okrucieństwa szlachty wobec chłopstwa i mieszczaństwa, a nawet szlachty przeciwko szlachcie. Jakim państwem była Polska dokładnie obrazuje wypowiedz króla Stefana Batorego „nierząd wszystkie obyczaje psuje, na których miejsce nastąpiły srogie zbrodnie, mężobójstwa, gwałty, łupiestwa, mordy, z rusznic zabijania, wszeteczeństwo, krzywoprzysięstwo, zbytki, utraty i wiele szkaradnych występków”. Tak surowa, ale prawdziwa ocena Polski jest tym boleśniejsza w ustach tego władcy, który był, po pierwsze królem elekcyjnym (sam kandydował na nasz tron), a po drugie był niezwykle skuteczny w swojej polityce (rozwiązał m.in. problem z Samuelem Zborowskim), więc jego krytyka daje znamiona pewnej porażki, iż nawet on nie dał rady zmienić Rzeczpospolitej. Oczywiście wcale nie należało przeprowadzać wielkiej rewolucji prawodawczej, gdyż na papierze wszystko już było. Istniały konkretne prawa, przepisy jurystów, ale były one bardzo łagodne, do tego stopnia, że życiem za życie płacili jedynie chłopi, cała reszta natomiast była wolna od tego. Bo cóż to wielkiego za kara dla szlachcica, który pozbawił życia innego szlachcica, jak siedzenie na dnie wieży przez 1 rok i 6 miesięcy + opłata za głowę zabitego 120 grzywien. Żadna w praktyce, skoro niejeden szlachcic czy magnat miał ogromny dochód, niektórzy nawet kilka milionów rocznie i do tego większy od króla, a przy tym wcale nie siedzieli w wieży (często takich nie było lub były uszkodzone) lub siedział, ale miał jakby stałe przepustki na wolność. Bolączek polskiego systemu prawodawczego było tak dużo, iż nie sposób nawet je wszystkie wymienić. Najważniejszą z nich były problemy z sądami, a dokładnie z ich częstotliwością. Sprawy cywilne były kierowane do trybunałów, ale kryminalne/karne na sądy królewskie a więc sejmowe, a te odbywały się na sejmie zwoływanym raz, co dwa lata i trwał jedynie 6 tygodni. Z prolongacją (przedłużeniem) obrad był wieczny problem, żeby uzyskać zgodę szlachty (jeden raz po takiej propozycji prolongacji w 1652 roku doszło do zerwania pierwszego sejmu przez posła upickiego Sicińskiego) w związku z czym nie sposób było rozstrzygnąć nagromadzonych przez dwa lata spraw kryminalnych w tak krótkim czasie. Wielu szlachciców nauczyło się poza tym rozgrywać spory zaraz po sejmie. Dzięki temu mieli spokój przez dwa lata, a niekiedy znacznie dłużej do czasu odbycia się następnego sejmu, a konkretnie znalezienia wolnej chwili przez władcę na najbliższym sejmie, skoro ilość ważnych spraw państwowych była ogromna. Dwie inne bolączki systemu prawnego w Polsce, które również mocno, co problemy z sądami, niszczyły praworządność, to wymóg, że aresztować szlachcica można było jedynie na gorącym uczynku oraz warunek utrzymania pojmanego w więzieniu starościńskim na koszt tego, kto pojmał i dostawił sprawcę przestępstwa. Przy tego typu zasadach prawa nie trudno o paraliż praworządności w Polsce. Bo kto chciał przez rok czy nawet dwa lata utrzymywać koszty pobytu w więzieniu złapanego przez siebie przestępcy? Logiczne, że nikt, choć i takie wyjątki zdarzały się, jak Polska długa i szeroka. Przy tak skonstruowanych przepisach trudno o skuteczne egzekwowanie prawa w Rzeczypospolitej.

sprawiedliwość

Sprawiedliwość (źródło http://chcejezusa.pl)

 

Obcinanie ofiarom głów i gubienie zwłok

 

Pomimo, iż dla wielu pobyt w wieży był niezwykle luźnym aresztem, mogli sobie wychodzić na miasto lub nawet sprowadzać nałożnice, to jednak zdarzały się również w Rzeczypospolitej surowsze kary za łamanie prawa. Wyjątkami było w skali wszystkich przestępstw skazywanie sprawców na infamię i banicję. W tym celu, za radą prawników, sprawcy oprócz popełniania przestępstwa zabezpieczali się także na wszelki wypadek przed ewentualną karą. Mianowicie skoro prawo wymagało, aby krewni prezentowali zwłoki zabitego w grodzie, jako dowód popełnienia zbrodni i sprawdzenia ofiary, toteż na wszelki wypadek wystarczyło pozbyć się ciała lub głowy ofiary do tego, aby taka wizja fizycznie nie była możliwa. Pocięcie porzuconych zwłok ofiary nie było do końca dobrą metodą, aby sprawca był bezpieczny w przyszłości, gdyż odnalezienie ciała pozwoliłoby na dokonanie sprawdzenia ofiary. Niekiedy zdarzały się nawet przypadki, gdy prezentowano trupa w stanie rozkładu. Było to spowodowane albo odległością do grodu, gdzie należało sprawdzić zwłoki, albo z innych przyczyn, np. jak wspomniane ukrycie trupa. Najlepszym więc sposobem na uniknięcie odpowiedzialności w XVII wieku dla sprawy morderstwa było tzw. gubienie zwłok lub ucięcie głowy. Oczywiście zdarzało się w historii, gdy rodzina pomimo braku głowy ofiary była w stanie określić tożsamość po szczególnych znakach anatomicznych na ciele (Anna Przemyślidka, wdowa po poległym w bitwie z Mongołami pod Legnicą w 1241 roku Henryku Pobożnym rozpoznała ciało męża, gdyż miał u lewej stopy sześć palców, czyli miał wrodzoną wadę polidaktylię), ale to były pojedyncze, bardzo rzadkie przypadki. Z reguły pozbawienie ofiarę głowy załatwiało sprawę na dobre.

ścinanie głowy

Ścinanie głowy przez kata przestępcy (źródło http://www.jelonka.com)

Kilkanaście przykładów XVII-wiecznego gubienia ciał i odcinana głów, przez sprawcę swoim ofiarom, podał w słynnej książce „Prawem i lewem”, opisującej obyczaje na Rusi Czerwonej w państwie polsko-litewskim, wybitny historyk Władysław Łoziński. Na początek kilka przykładów odcinania głów. Niejaki szlachcic Jan Raszowski zabił, strzelając 10 razy, Stanisława Rabrowskiego, a następnie odciął mu głowę i zabrał z sobą ukrywając w bezpiecznym miejscu. Trzej bracia Rytarowscy napadli na dwór Wawrzyńca Wessla w Bankowej Wiszni, rabując gotówkę i klejnoty, a ofiarę wywieźli najpierw do swego wspólnika Mikołaja Wilczka, a następnie do lasu, gdzie Wessla porąbali. Ciało poćwiartowali w sztuki, natomiast głowę odcięli porzucając, gdzieś w lesie. Inny szlachcic, Stanisław Ciekliński zabił Piotra Skibickiego i postąpił z nim podobnie jak inni wymienieni powyżej, czyli odcinając mu głowę i ukrywając ją.

Nie zawsze jednak bezkarność uchodziła płazem. Przekonał się o tym łotr, zbój i infamis, Łysak Kisiel alias Zgłobicki, który w 1631 roku napadł na dwór Doroty Czartoryskiej w Poddniestrzanach. Ją samą zamordował, starszą córkę porwał, a najmłodszej córce uciął głowę. Spotkała go za to kara. Krewny Czartoryskiej, Krzysztof Kurzański, wymierzył Łysakowi Kisielowi sprawiedliwość w taki sam sposób, jak on potraktował najmłodszą Czartoryską. Kurzański chwytał infamisa w domu szlachcica Łubinowskiego w Ułycznem i uciął mu na progu głowę.

Inną metodą uniknięcia odpowiedzialności za zbrodnie było gubienie ciał, albo raczej ich ukrywanie. Ludność XVII-wiecznej Rzeczypospolitej była zaradna nie tylko w ukrywaniu swoich dóbr przed licznymi wrogami napadającymi w tym wieku na państwo, ale także pod względem wspomnianego gubienia ciał. Różne były formy-miejsca owego gubienia zwłok. Np. na zlecenie Mikołaja Tysarowskiego, jego słudzy pozbawili życia Abrahama Cieszanowskiego, a sprawca następnie pozbył się zwłok wrzucając je do stawu. Wodę, jako metodę pozbycia się zwłok, wykorzystał także inny morderca Hieronim Hornostaj, który najechał na dwór w Rychcicach Tomasza Żołądzia. Ofiara została zabita, po czym porąbana w małe sztuki, z których część została zakopana, a część natomiast wrzucona do rzeki. Podobne rozwiązanie sporu ze szlachcicem Tomaszem Błudnickim i jego dwoma sługami wybrała ludność miasta Kołomyi w 1613 roku. Blisko 400 lub 500 mieszczan zabiło Błudnickiego i jego sługi kłując bardzo i siekąc, a następnie topiąc zwłoki w błotach i jeziorach w lasach. Kilka lat jeszcze po tej zbrodni, syn zamordowanego Tomasza Błudnickiego ścigał sprawców tej zbrodni, ale w końcu w 1620 roku rodzina pojednała się z kołomyjanami odstępując od ich ścigania.

Jeszcze inną formę gubienia zwłok zastosowali w swojej zbrodni na Piotrze Chamcu dwaj szlachcice, Albert Sumiłowski i Piotr Gajowski. Chamiec został przez nich poćwiartowany i rzucony psom na pożarcie.

Z reguły metody zastosowane przez XVII-wiecznych przestępców były skuteczne, gdyż udawało się im przez lata, a czasami na zawsze, uniknąć odpowiedzialności, ale podane przykłady pokazują, że mimo to, noga takiemu mordercy mogła się sporadycznie wprawdzie, ale jednak, powinąć.

 

O patologiach prawa i parlamentaryzmu Rzeczpospolitej możesz przeczytać pod linkiem Autorem liberum veto jest? No właśnie, kto …?