Zafascynowany twórczością literacką z historią w tle przeprowadziłem wywiad z Panem Łukaszem Wierzbickim, autorem fascynujących książek dla dzieci i młodzieży. W ostatnich latach jest on w zasadzie żyjącą legendą tego rodzaju pisarstwa, którego motywem przewodnim jest historia podróżników, w większości polskiego pochodzenia lub, jak w przypadku jego ostatniego dzieła pt. „Drzewo”, początki mitologii Słowian. Kto jeszcze nie zna tego autora oraz jego twórczości, to zachęcam do nadrobienia tych braków. Literatura, którą tworzy, jest doskonała do polecenia dzieciom lubiącym dobre pisarstwo oparte na prawdziwej historii. Ja tymczasem zapraszam Was serdecznie drodzy czytelnicy na przygodę intelektualną w postaci wywiadu z Łukaszem Wierzbickim. Wprowadzę Was w świat fenomenalnego pisarza piszącego z pasji dla najmłodszych.

 

Od ilu lat pisze Pan książki?

Bawiłem się w pisanie książeczek już w dzieciństwie, do dziś mam zeszycik w kratkę wypełniony rysunkami rycerzy, tytułem i napisem „DATA WYDANIA, 1980”… czyli miałem sześć lat. Pierwsza poważna książka, którą w pewnym sensie stworzyłem to „Rowerem i pieszo przez Czarny Ląd”, w której zebrałem reportaże Kazimierza Nowaka. Ukazała się w 2000 roku. W listopadzie 2006 roku pomyślałem, że byłoby wspaniale, gdyby przygody tego podróżnika poznały dzieci. W pierwszej chwili chciałem szukać kogoś, kto by taką książkę napisał, w drugiej postanowiłem spróbować samemu. „Afryka Kazika” ukazała się w lutym 2008 roku.

Kiedy wydał Pan pierwszą książkę? Ile miał Pan wtedy lat?

„Afryka Kazika”. To był późny debiut… miałem wtedy 34 lata.

Łukasz Wierzbicki z książką Afryka Kazika

Łukasz Wierzbicki z książką Afryka Kazika, fot. Tomasz Siuda

 

recenzja książki Afryka Kazika oczywiście na naszej stronie – zachęcamy

Czy wszystkie książki napisane przez Pana ukazały się? Czy może zdarzyło się, że jakaś trafiła do szuflady?

Obmyślałem kiedyś dla zabawy kryminał zatytułowany „Alter ego” (czyli czytałoby się „Alter ego Wierzbickiego”). Spisałem wtedy kilka rozdziałów. Mam je gdzieś w szufladzie, ale pewnie nigdy nie dokończę tej zabawy. Wydaje mi się, że co chwilę powstaje jakiś kryminał i mamy już na świecie zbyt wiele powieści kryminalnych.

Skąd Pan wie, które pomysły na książki są dobre i przyniosą sukces wydawniczy? Czy może tego nigdy się nie wie?

Ja wiem. To jest zwykle moment, jakby piorun mnie trafił, jakbym słyszał dzwonek. Na przykład widzę niedźwiadka z żołnierzem na zdjęciu i od razu wołam do niego „ty, łobuziaku, będziesz bohaterem mojej książki!”. I od tej chwili nic nie jest w stanie odwieść mnie od pracy nad pomysłem. Jeśli jednak chodzi o sukces wydawniczy, nad tym nigdy się w trakcie pracy nie zastanawiam. Po prostu ufam własnej intuicji.

I jak dotąd Pańskie książki potwierdzają, iż jest ona niezawodna. A swoją drogą, co Pana inspiruje do ich napisania?

Przede wszystkim czytam. Po drugie wykorzystuję własne doświadczenia z podróży, ze spotkań z ludźmi. Gdy pisałem książkę „Drzewo”, spędzałem dużo czasu wśród przyrody, szukałem inspiracji w plenerze, na łąkach, w lasach, chodziłem boso po trawie i gapiłem się w niebo, bo chciałem, by to była opowieść o naszej więzi z naturą.

A skoro jesteśmy przy Pańskiej ostatniej książce „Drzewo”, to proszę mi powiedzieć, skąd pomysł na mitologię Słowian lub na historie polskich podróżników w przypadku innych książek? Czyżby historia była Pańskim ulubionym przedmiotem szkolnym, czy może ma to związek z podróżami, które tak bardzo Pan lubi?

Tak, na pewno moje tematy są odbiciem moich fascynacji. Pasjonują mnie doświadczenia minionych pokoleń, świat naszych przodków, odszukuję w nich wiele mądrości, siłę. Staram się przekuć to, co odnajduję na takie klucze, które mogą przydać się młodemu pokoleniu czytelników, naszym potomkom. To działa jak most, mam taką nadzieję. Pomiędzy historią i przyszłością.

Gdzie powstają Pańskie perełki z historią w tle? Jest jakieś szczególne, konkretne miejsce np. w domu, gdzie pisze Pan książki?

Mam gabinet z biurkiem, ale nie zawsze przy nim pracuję. Najczęściej wieczorami, do późnej nocy, na kanapie, w pobliżu kominka. Czasem w samochodzie na czerwonym świetle notuję na serwetce od hot doga albo bilecie parkingowym, bo akurat przyszło mi coś do głowy. Trąbią na mnie, bo zielone, ale… cóż… wena przyszła, przepraszam.

Czyli nie jest to idealny porządek wokół, żeby nie zakłócać procesu pisania, ale raczej totalny chaos, bałagan, taki, że poza Panem nikt nie jest w stanie nic w tym zamieszaniu odnaleźć prawda?

Tak, wszystko wyłania się z chaosu. To jest mnóstwo karteczek z notatkami. Przepisuję to wszystko do komputera, drukuję, skreślam, poprawiam, i tak niezliczoną ilość razy. Rozdziały nie powstają chronologicznie, raczej przypadkowo, potem układam je, jak klocki, w całość. Tak, myślę, że poza mną nikt inny by się w tym wszystkim nie odnalazł. Bywa i tak, że sam mam z tym kłopot.

W takim razie, na jakim etapie powstawania książki, rodzi się jej tytuł? Czy jest to przed jej napisaniem, w trakcie, czy może dopiero po napisaniu? Dzieciaki nieraz już mi mówiły, że Pańskie tytuły świetnie się zapamiętuje. Dla mnie są one wręcz genialne, niezwykle ciekawe rymy jak „Afryka Kazika”, czy „Dziadek i niedźwiadek”.

Cieszę się. Tak, tytuł jest ważny i lubię mieć go od samego początku. By zżyć się z nim podczas pisania. Pracuję teraz nad książką o podróży Tadeusza Perkitnego i Leona Mroczkiewicza dookoła świata. Dwóch zwariowanych chłopaków odbyło szaloną podróż z masą przygód… Wymyśliłem „Wokół świata na wariata”, czyli znów rymowany i dobrze oddaje ducha tej akurat przygody. Inna książka, nad którą pracuję ma roboczy tytuł „Ocean to pikuś”. O czym jest nie zdradzę, pewnie niebawem wszystko się wyjaśni. Na odbiór książki nakłada się wiele elementów, okładka, treść, ilustracje, rodzaj papieru, kolorystyka, promocja, dystrybucja… nie sposób zliczyć. Tytuł jest jednym z takich elementów, bardzo ważnym.

Łukasz Wierzbicki na spotkaniu poświęconemu książce Dziadek i niedźwiadek

Wojtek słucha muzyki, czyli Łukasz Wierzbicki na spotkaniu poświęconemu książce Dziadek i niedźwiadek, fot. Piotr Mojżyszek

 

Która z Pańskich książek jest Pana ulubioną i dlaczego?

Oj, to trudne pytanie. Moje książki są trochę jak dzieci, wszystkie je kocham. Dumny jestem z książki „Drzewo” i jestem przekonany, że to najważniejsza z moich książek. Teraz dużo serca wkładam w tę, którą akurat piszę…

To może skoro kocha Pan wszystkie swoje książki-dzieci, jest jakiś szczególny z bohaterów? Czy przywiązuje się Pan do nich w sensie, że po skończonej jednej przygodzie chciałby Pan w dalszym ciągu ją kontynuować, przekształcając w pewien sposób w drugą?

Tak się stało z bohaterami powieści „Wyprawa niesłychana Benedykta i Jana”. Dopisałem ciąg dalszy kilkorga jej bohaterów, bajeczkę „Wróżby dla Kuźmy”. Ale to wyjątkowa sytuacja. Zazwyczaj moje książki opowiadają pewną zamkniętą, skończoną historię. Nie kusi mnie by wracać do skończonych wątków. Czasem nawet się przed tym bronię. W prima aprilis zażartowałem na swoim FB, że ukaże się kontynuacja „Afryki Kazika”, zatytułowana „Kazik Łazik”. Wiele osób się ucieszyło, aż mi się głupio zrobiło. Bo to był żart. Nie chciałbym wracać do opowieści o Kaziku. To zamknięta historia.

 

18209487_1737784822905296_1454122282_o

„Daleko jeszcze do tej Mongolii?”, spotkanie autorskie Łukasza Wierzbickiego poświęcone książce Wyprawa niesłychana Benedykta i Jana, fot. Piotr Mojżyszek

 

recenzja książki Wyprawa niesłychana Benedykta i Jana oraz Machiną przez Chiny oczywiście na naszej stronie – zachęcamy

Trzeba to było jakoś później odkręcać, przepraszać, wyjaśniać, że to tylko tak na 1 kwietnia, czy może fani zrozumieli, że to taki żart był jedynie?

W jednej ze szkół na gazetce ściennej ujrzałem karteczki z tytułami moich książek. Był wśród nich „Kazik Łazik”. Wyjaśniłem, że to żart. Tak, musiałem się tłumaczyć z tego dowcipu wielu osobom. Swoją drogą muszę sprawdzić na Wikipedii, czy nie potraktowała na serio mojej zapowiedzi.

Wrócę jeszcze do tworzenia książek. Czy podrzuca Pan czasem swoim dzieciom lub żonie pierwsze próbki tekstu danej książki, czy dopóki Pan nie skończy danej pozycji, nikt nie może jej dotknąć i niczego zobaczyć?

Oczywiście, Klaudia, moja żona jest pierwszym czytelnikiem moich książek. Testuję też moje teksty na dzieciach. Ale są to raczej dopracowane wersje pojedynczych rozdziałów. Sam też jestem swoim własnym recenzentem. Czasem czytam, co napisałem jakiś czas temu i łapię się za głowę!

Łapie się Pan za głowę, że tak dobrze zostało coś napisane, czy może pojawiają się myśli w stylu „dlaczego nie napisałem tego inaczej?”.

Zdecydowanie częściej to drugie! Na zasadzie: „Łukasz, jest przecież lepszy przymiotnik, który pasuje w tym miejscu sto razy lepiej!”.

Czy pisarz czyta coś na co dzień? A może pisarze jedynie piszą …

Czytam bardzo dużo! Najchętniej na temat. Ale nie zawsze. Czytam jak najwięcej. Żeby mieć kontakt ze słowem.

Co to za książki? Jaki autor, jaka tematyka, może Pan to zdradzić, czy jest to zbyt prywatna sfera, żeby dzielić się nią z fanami?

Nie ma reguły. Reportaże. Kryminały. Powieści. Bywa, że poezja. Czasem mam chwilę, ściągam książkę na chybił trafił z półki i sprawdzam, czy do mnie przemówi.

Czy zdarza się Panu kryzys twórczy? Czy dopada on każdego pisarza, czy może tylko na początku kariery? A może im dłużej się pisze, tym trudniej o ciekawe pomysły?

Zdarza się, oczywiście. Czasem z przemęczenia, czasem przeciwnie, z lenistwa. Nie walczę z nim, pozwalam mu po prostu przeminąć. Ruszam przed siebie, czytam, spotykam się z ludźmi… czas najlepszym lekarzem. Również na kryzys twórczy. Jeśli chodzi o te pomysły, bez wątpienia im więcej się pisze, tym trudniej być oryginalnym. Powtarzać w kółko swoje własne dobre pomysły, to też niedobrze. Dlatego, gdy poczuję, że tych pomysłów zaczyna brakować… powiem: dziękuję, wystarczy. To tyle.

Kiedy w trakcie dnia ma Pan najlepszą wenę twórczą, z rana, w ciągu dnia, czy może jest Pan pisarzem-sową pracującym tylko w nocy?

Noc to najlepsza pora. Niestety. Bo trzeba iść spać, rano zadzwoni budzik, a mi akurat najlepsze pomysły przychodzą do głowy. Czasem notuję je tak zmęczony, że rano trudno mi samego siebie odczytać.

Jak pokierowałby Pan swoją karierą, gdyby to był dopiero jej początek? Innymi słowy, czy jest Pan zadowolony ze swoich osiągnięć?

Powiem szczerze, między nami, to, jak potoczyła się ta, nazwijmy ją „kariera”, przerosło moje najśmielsze oczekiwania. Tak naprawdę nigdy nie miałem żadnych oczekiwań w tym względzie. Po prostu robiłem to, co czułem, że muszę zrobić. Jeśli o to chodzi, to znaczy, czy spełniłem swój własny pomysł, to tak, czuję, że wszystko jest w porządku.

Dzisiejsze czasy są trudne dla pisarstwa. Rokrocznie spada poziom czytelnictwa. Czy pisarstwo to dobry kawałek chleba na dziś?

Na pewno nie jest lekki. Z samych książek… nie utrzymałbym siebie, ani rodziny. Moja praca polega głównie na opowiadaniu o swoich książkach, prowadzeniu spotkań autorskich, warsztatów, wykładów, to też moje pierwsze, mimo wszystko, źródło dochodów. Sytuacja odwróciła się trochę z wydaniem ostatniej książki, mam na myśli „Drzewo”. Sam ją wydałem… i w tym momencie również sam bardziej korzystam finansowo na jej sprzedaży. Ale to wszystko trudny temat. Gdybym tylko siedział za biurkiem i czekał, aż ktoś kupi moją książkę… byłoby kiepsko. Nie na tym, w moim przypadku, polega praca pisarza. Z drugiej strony nie narzekam. Lubię…kocham to, co robię. I fakt, że jednocześnie zarabiam pieniądze, które pozwalają mi na spełnienie potrzeb mojej rodziny i realizację naszych wspólnych marzeń, to na pewno sukces.

18195534_1737782569572188_1333558629_o

Łukasz Wierzbicki inspirujący się przy pisaniu książki Drzewo?, fot. Tomek Siuda

 

W takim razie porozmawiajmy chwilę o spotkaniach autorskich. Pańskie spotkania są po prostu rewelacyjne. Nawiązuje Pan podczas nich super wieź z dziećmi. Uczniowie są po wyjściu ze spotkania uśmiechnięci, zadowoleni, a w ich trakcie aktywni, żywo reagują na to, co się dzieje, co Pan mówi i robi. Panie Łukaszu, w czym tkwi sukces owych spotkań? Czy ma to związek z Pańskimi prezentacjami, skądinąd świetnie przygotowanymi pod kątem każdej książki?

Dużo pracy, dystans do siebie, nieco empatii, trzeba obudzić w sobie dziecko, czasem zrobić z siebie wariata. Trochę pomagają mi moje doświadczenia z pracy z aktorami teatralnymi i kabaretowymi, muzykami. Widziałem, jak przygotowują się do każdego spektaklu, dbają o rekwizyty, wykorzystują publiczność, ich reakcje. Staram się robić to samo. Jeśli tylko pojawi się w trakcie spotkania jakiś pomysł, choćby niemądry się wydawał, przy kolejnym wprowadzam go w życie i sprawdzam reakcje. Te spotkania żyją. I przede wszystkim… ja też muszę się dobrze bawić. Każdy fałsz w tym względzie uczestnicy od razu wyczują.

A teraz trochę o tym samym, ale z nieco innej strony. Spotkania z Panem są zupełnie inaczej przeprowadzane, niż u innych pisarek czy pisarzy. Dzieci czasem mi mówią, że wiało nudą, że zaproszony gość nie wiele powiedział o książce lub o swojej twórczości, a nawet sugerują, że goście nie znają swoich dzieł i stąd najczęściej pojawiającą się formą jest „dzieci, proszę, zadawajcie mi pytania, a ja na nie odpowiem”. Co by Pan poradził swoim koleżankom, kolegom po fachu w związku z organizowanymi z ich udziałem spotkaniami?  Czy nie powinni bardziej dostosować do młodego czytelnika formy spotkań?

Nie pamiętam, czy byłem kiedyś na jakimś spotkaniu pisarza z dziećmi. Dlatego trudno mi coś powiedzieć. Odpowiem może w inny sposób. Czasem słyszę po spotkaniu właśnie podobne opinie: „Panie Łukaszu, różne rzeczy się tu działy, ale takiego spotkania jeszcze nie mieliśmy.” W pierwszej chwili się cieszę, a w drugiej myślę sobie, że przecież nie zrobiłem niczego nadzwyczajnego. Po prosto starałem się wykorzystać każdą minutę spędzoną z młodymi Czytelnikami, by wykrzesać w nich jak najwięcej entuzjazmu… dla książek… dla historii… dla tolerancji… i wszystkiego tego, o czym z nimi rozmawiałem. Jeśli wyszedłem ze spotkania spocony, a oni uśmiechnięci, to znaczy, że było tak jak trzeba.

Czy w związku z tym uważa Pan, że każdy może zostać pisarzem? Czy jest to Pańskim zdaniem kwestia talentu, pracy lub charakteru? W końcu nie tylko powinien umieć ciekawie pisać, ale również opowiadać na spotkaniach o swoich książkach.

Raczej nie każdy. Pewna doza predyspozycji na pewno jest niezbędna. Tak jak nie każdy może zostać bokserem albo chirurgiem albo bankowcem. Ja na przykład spędziłem dwa lata w banku i stamtąd uciekłem. To nie był mój świat.

A ten obecny pisarski świat, czy on jest dla Pana już tym ostatecznym? Czy dopuszcza Pan jakąś jeszcze radykalną zmianę, np. teraz, gdyby mógł Pan jednorazowo coś zmienić w swoim życiu, to, co by to było?

Trudno mi powiedzieć… boję się, że gdybym coś zmienił w przeszłości, nie znalazłbym się tu, gdzie jestem. A dobrze mi tutaj. Wydaje się, że wszystko było mi potrzebne, by dotrzeć do tego miejsca. Także te dwa lata w banku.

Dziękuję za wyczerpujące odpowiedzi. Życzę kolejnych sukcesów literackich w postaci popularnych książek, których już nie mogę się doczekać!