W historiografii polskiej ugruntował się pogląd, że Rzeczypospolita upadła z powodu wadliwego ustroju państwa, na który składały się wolna elekcja, prawa henrykowskie, pacta conventa, prawo wypowiadania posłuszeństwa królowi, sejm wolny, prawo konfederacji, instrukcje poselskie. Za najważniejszą jednak bolączkę polskiego parlamentaryzmu okrzyknięto liberum veto. Słynne „nie pozwalam” stało się niejako znakiem rozpoznawczym polskiej demokracji szlacheckiej, zwłaszcza w oczach cudzoziemców przebywających w Rzeczypospolitej w XVII wieku, oraz dzisiejszych zagranicznych historyków. Następnie liberum veto przełożyło się na jednomyślny osąd europejskiej historiografii, a brzmi on: „Polacy – naród anarchistów”. Zaczęto wręcz uważać anarchizm za jedną z głównych cech społeczeństwa polskiego. Tak oto, liberum veto haniebnie wpłynęło na ocenę Polaków. A czy sami Polacy wiedzą, kto wprowadził i ugruntował ową źrenicę demokracji szlacheckiej?  W „Historii Polski 1505 – 1764” autorstwa Józefa Gierowskiego, rola ta została przypisana Januszowi Radziwiłłowi. Autor stwierdza: „Januszowi Radziwiłłowi ma Rzeczpospolita do zawdzięczenia pierwsze liberum veto”. Czy można jednak uważać inicjatora Radziwiłła, który poddał pomysł, jakim było „nie pozwalam”, za jego autora? Czy zwykliśmy uważać kogoś, kto poddał pomysł, a on okazał się „totalną klapą”, za jego stwórcę? Raczej nie, głównie przypisujemy autorstwo temu, kto ów pomysł wprowadził w życie, kto posłużył się nim do osiągnięcia pewnych zamierzeń, a skoro tak, to nie Janusz Radziwiłł wprowadził i ugruntował w Rzeczypospolitej liberum veto, lecz zmienny, jak jesienna aura, Jan Kazimierz, ostatni Waza na tronie polskim.

 

Jan Kazimierz Waza

król Jan Kazimierz Waza (źródło http://www.polskieradio.pl)

 

W toku badań nad przyczynami upadku Rzeczypospolitej, historycy namiętnie oceniali polskich królów elekcyjnych. Stawiano jakby „na wadze” cechy poszczególnych monarchów oraz to, czy i jak potrafili odnaleźć się w skomplikowanej sytuacji wewnętrznej po przybyciu do Rzeczypospolitej. Leszek Podhorodecki w książce pt.: „Wazowie w Polsce” stwierdził, że „Wazowie nie byli geniuszami”. Podobnie, niezbyt przychylnie oceniali polskich Wazów historycy szwedzcy, którzy wyżej stawiali swoich – szwedzkich – z własnego rodzimego podwórka.

Pierwsi dwaj polscy Wazowie, Zygmunt i Władysław, w ostatecznym rozrachunku nie byli jeszcze takimi nieudolnymi władcami, jak oceniali ich im współcześni. Mimo, iż trafiały się podobne opinie, jak ta kanclerza Zamoyskiego o Zygmuncie, wypowiedziana do wysłanników polskich, którzy sprowadzali do Rzeczypospolitej ze Szwecji króla wybranego na elekcji: „cóżeście to za niemą miarę nam przywiedli”, to jednak prawdziwe gromy zaczęły się sypać na głowę dopiero trzeciego Wazy na tronie polskim, Jana Kazimierza. Zachęcony przez swojego ojca i brata, całe życie rozmyślał nad ubogą i kamienistą szwedzką ojczyzną, zamiast pokochać „kraj mlekiem i miodem płynący”, jakim była Rzeczypospolita, corocznie wysyłająca na zachód ok. 100 tys. łasztów zboża (ok. 220 tys. ton), a w roku 1618 osiągająca maksymalny wywóz ok. 128 tys. łasztów. Zachcianka zrodzona pod wpływem francuskiej żony w głowie Jana Kazimierza, polegała na wprowadzeniu za wszelką cenę namiastki rządów absolutystycznych, cieszących się w Europie zachodniej ciągle wzrastającą popularnością. Próby Zygmunta i Władysława przemienienia polskiej demokracji szlacheckiej w monarchię absolutną na szczęście – dla Polaków – nie udały się. Aż nie chce się myśleć, co powstałoby z tych prób, biorąc pod uwagę, jakiego niszczącego Rzeczpospolitą demona zrodził Jan Kazimierz. Tym demonem okazało się wspomniane „liberum veto – nie pozwalam”. Usilne starania o zmianę pięknej polskiej demokracji szlacheckiej, niepowtarzalnej w całym świecie przyniosły lewiatana, który zżerał od środka Rzeczpospolitą, fałszywie następnie obciążając anarchizmem nic nie winne patriotyczne społeczeństwo szlacheckie. Nikt już nie pamięta, że to nie szlachta polska, ale Jan Kazimierz, potomek „wyrzutków chłopskich ze Szwecji” o pseudopolskim nazwisku Snopkowski, stworzył liberum veto. Rak, którym się później okazało „nie pozwalam”, został sprowokowany do zaistnienia przez Jana Kazimierza, a następnie przez niego ugruntowany, mimo ogromnych protestów patriotycznej szlachty polskiej.

Jan Kazimierz i jego małżonka Ludwika Maria Gonzaga poczęli swoje dziecko, jakim było liberum veto w momencie, gdy postanowili nie przyznawać magnatowi Januszowi Radziwiłłowi buławy wielkiej litewskiej. Dumny magnat, niemal udzielny władca Litwy, był obdarzony przez niebiosa największym talentem wojennym w ówczesnej Rzeczypospolitej i nikt tak jak on nie nadawał się do objęcia funkcji hetmana wielkiego litewskiego. Przeszkodą była jednak przynależność Radziwiłła do „opozycji antykrólewskiej”, co całkowicie przekreślało jego kandydaturę. Janusz Radziwiłł dla osiągnięcia upragnionej buławy wielkiej litewskiej mógł pójść królewską drogą zmian, wprowadzanych przez parweniusza z chłopskiego rodu, Jana Kazimierza, ale naturalnie, jako patriota pozostał przy stronnictwie szlachecko – magnackim, przez dworskich nazywanym „opozycją”. Stronnictwo to zakładało sobie ni mniej ni więcej, tylko obronę pięknego polskiego parlamentaryzmu opartego na demokracji całego społeczeństwa, które wybierało do senatu prawie jedynie przedstawicieli magnaterii o szlacheckim rodowodzie, wywodzących się z samych rzymskich patrycjuszy. Gdzież szukać lepszych kandydatów na senatorów niż światli magnaci legitymujący się przodkami z samego Rzymu. Dziś, zwykło się mówić o ludziach tego typu „elita kraju”. Dla określenia ówczesnej sytuacji wewnętrznej w Rzeczypospolitej nasuwa się słowo spopularyzowane w dzisiejszej polskiej polityce przez byłego premiera Polski Jarosława Kaczyńskiego – układ. Tenże układ trwający w Rzeczypospolitej, był świetnie prosperującą maszyną, w której każde kółko zębate, każdy trybik, czyli magnat lub szlachcic, wiedział, co czynić dla dobra kochanej ojczyzny. Pojawienie się Jana Kazimierza na tronie polskim z nową wizją ustrojową Rzeczypospolitej, wywracało schemat działania owej maszyny.

Wybór Jana Kazimierza na króla Rzeczypospolitej był fatalną pomyłką polskiego stanu szlacheckiego. Chciałoby się krzyknąć na wybierających go szlachciców słowami Maćka nad Maćkami, z Dobrzyna, bohatera książki „ Pan Tadeusz ” Adama Mickiewicza: „a głupi, a głupi Wy!”. Fatalna decyzja przyniosła Rzeczypospolitej na 20 lat panowanie, zacietrzewionego w swojej nienawiści do wrogów politycznych, Jana Kazimierza, zainteresowanego jedynie wprowadzeniem monarchii absolutnej. Tak wielka niechęć zarówno do magnatów, jak i ogólnie do Janusza Radziwiłła, doprowadziła do pierwszego w dziejach naszej ojczyzny zerwania sejmu. Dokonał tego w 1652 roku poseł upicki Władysław Siciński, klient Radziwiłła, na wyraźny rozkaz swojego protektora. Pomysł dobry, bowiem miał to być zwykły straszak na nieugiętego monarchę, na okoliczność nadania wojewodzie wileńskiemu buławy wielkiej litewskiej. Straszak, owe słynne „nie pozwalam”, ta tykająca bomba zegarowa, okazała się wtedy zwykłym niewypałem w rękach Janusza Radziwiłła, jednocześnie, jak się później okazało, śmiercionośną bronią Jana Kazimierza. Liberum veto miało posłużyć Januszowi Radziwiłłowi jedynie do otrzymania z rąk królewskich buławy wielkiej litewskiej. To wszystko, wojewoda wileński nie zamierzał, bowiem z całą pewnością stosować czegoś, czego i tak nie dałby rady wprowadzić na stałe. Zbyt małym cieszył się autorytetem, aby dołożyć do naczelnych praw ustrojowych Rzeczypospolitej kolejną cegiełkę, czyli liberum veto. Radziwiłł pragnął jedynie otrzymać to, co mu się należało, co wynikało z praw jego rodu, a o czym wspominał Bogusław Radziwiłł, bratanek Janusza, na kartach „Potopu” Henryka Sienkiewicza: „Słuchaj, panie Kmicic! Gdybyśmy, Radziwiłłowie, żyli w Hiszpanii, we Francji albo w Szwecji, gdzie syn po ojcu następuje i gdzie prawo królewskie z Boga samego wypływa, tedy, pominąwszy jakieś wojny domowe, jakieś rodu królewskiego wygaśnięcie, jakieś nadzwyczajne zdarzenia, służylibyśmy pewnie królowi i ojczyźnie, kontentując się jeno najwyższymi urzędami, które się nam z rodu i fortuny przynależą”. Każdy trzeźwo myślący człowiek w XVII wieku rozumiał prawo Radziwiłłów, książąt, zasłużonych dla Rzeczypospolitej przedstawicieli stanu szlacheckiego, do najwyższych godności w państwie, zwłaszcza, że ubiegający się o buławę wielką litewską był wielkim wojennikiem. Jedynym, który nie mógł pojąć tego prawa, nie potrafił zaakceptować dążeń Radziwiłłów do najwyższych godności państwowych był Jan Kazimierz. Jest to dziś w pewnym sensie niepojęte, skąd taka nieugiętość granicząca z frustracją towarzyszyła królowi na samą myśl o nadaniu Radziwiłłowi buławy wielkiej litewskiej. Nie był, bowiem stały w swoich przekonaniach, co zauważyli i mocno krytykowali jemu współcześni: „Królowa przez nieustanne nalegania, naprzykrzanie się, skargi, płacz i inne sztuczki umie ostatecznie króla poprowadzić, jak zechce” – pisał poseł brandenburski Hoverbeck. Podobnie stwierdzał Krzysztof Opaliński w liście do brata Łukasza: „król królowej ulega, jako służka. Co ta chce, to się stanie, bo go już i łaje”. Jan Kazimierz był, więc pantoflarzem w związku małżeńskim, a odreagowywał z pewnością na polu politycznym, zwłaszcza w sejmie, gdzie był wprost nieubłagany. Smutne to, jeśli monarcha zamiast dążyć do dokończenia sejmu w roku 1652, na którym Siciński zakrzyknął: „ja nie pozwalam na prolongację”, sam kazał, zniecierpliwiony brakiem posła upickiego na sejmie, żegnać wszystkich zebranych. Pomysł, który miał być straszakiem, a stanowił groźne niebezpieczeństwo na przyszłość dla losów Rzeczypospolitej, mógł zostać już na owym sejmie całkowicie zniesiony. Patrioci szlacheckiego stanu zareagowali natychmiastowo, bowiem drugi poseł z Upity, podstarości upicki Michał Wołmiński, został rugowany z izby. Czemu nie odpowiedziało na to stronnictwo dworskie, ani sam król, jakiegoś rodzaju odpowiednią konstytucją, zakazującą posłom samodzielnego opuszczenia sejmu pod groźbą stryczka? Czyżby już wtedy Jan Kazimierz zamierzał uczynić z liberum veto element czołowy absolutystycznej polityki monarszej? Możemy się tylko domyślać, co król planował wtedy uczynić z hasła „nie pozwalam”. Z pewnością kiełkowały mu w głowie szalone plany jak posłużyć się liberum veto do blokowania na poszczególnych sejmach niekorzystnych uchwał wobec swojej osoby. Gdyby zamierzał zwalczyć groźny precedens, do jakiego doszło na pierwszym zerwanym sejmie – gdzie jeden poseł doprowadził do przekreślenia sześciotygodniowych prac – to zrobiłby to, jeśli nie od razu, to przynajmniej w najbliższym czasie. Posłowie, którzy zjechali na sejm, czekali aż Siciński powróci, ale nie doszło do tego. Rozgoryczenie panowało do tego stopnia, że wojewoda brzesko–kujawski Jakub Szczawiński zakrzyknął: „bodajby przepadł”, na co cała izba odpowiedziała „Amen”. Szlachta polska, choć patriotyczna, nierzadko nie potrafiła wyjść z inicjatywą w konkretnej sprawie. W takiej sytuacji powinien objawić się Król Jegomość Jan Kazimierz, niestety objawienie nie nastąpiło. Jak bardzo król był zainteresowany w podtrzymaniu zgubnego liberum veto, wykazał drugi sejm zerwany w 1654 roku. Aby nie oddać buławy wielkiej litewskiej Januszowi Radziwiłłowi oraz nie rozdawać innych wakansów, posłużył się parweniusz szwedzki stronnikiem dworskim, chorążym chełmskim Janem Bąkowskim, który zerwał obrady. Kolejny raz wyjątkowo porządnie zachowali się patrioci szlacheccy, o czym donosił kanclerz Albrecht Stanisław Radziwiłł: „na korytarzach, a potem w izbie lżono ostatniemy słowy nieobecnego winowajcę. Jedni czekali na niego, chcąc posiekać go w kawałki, drudzy woleli, aby go wyrzucić przez okno, i gdyby się był pojawił nie wyszedłby żywy. Chciano go sądzić i zaraz wyrok ogłosić”. Niestety, nie poszedł w ich ślady i tym razem Jan Kazimierz. Broń, którą zastosował – liberum veto – okazało się istnym „strzałem w dziesiątkę”. Ukontentowany monarcha z utrzymania wakansów ukrył nieszczęśnika Bąkowskiego w zamku. Na nic okazały się głośne protesty poselskie, obrady nie zostały wznowione. Być może rozwiązaniem byłyby szable, ale za wyciągnięcie broni białej i posługiwanie się nią pod bokiem króla, groził katowski topór, toteż wrzawa, wzburzenie poselskie ucichło. Jan Kazimierz i tym razem wyszedł obronną ręką, wsparty przez stronnictwo dworskie młodych magnatów, wyniesionych przez monarchę. Liberum veto, które na stałe od drugiego zerwanego sejmu weszło do polskiego parlamentu szlacheckiego, zostało, więc wprowadzone i ugruntowane nie przez magnata, wojewodę wileńskiego Janusza Radziwiłła, lecz przez króla Jana Kazimierza. Z resztą nie pierwszy to raz, kiedy król, okazał się zdrajcą naszej ojczyzny większym niż poszczególni magnaci czy szeregowi szlachcice. Dobrym na to przykładem jest słynny „Panie Kochanku” Karol Stanisław Radziwiłł, uważany za największego moczygębę, podtrzymującego anarchię szlachecką w Rzeczypospolitej w XVIII wieku. Jeśliby uważać, że każdy kraj ma prawo do umieszczenia na dnie piekła tego czy innego bohatera z historii świata, to Karol Radziwiłł byłby drugim na samym jego dole. Niżej od niego historycy polscy umieściliby chyba tylko Judasza, ale to nie „Panie Kochanku” zdradził ojczyznę, lecz król Stanisław August Poniatowski, tak niechętnie nastawiony do sarmackich obyczajów. Jak to mawiał pan Zagłoba w książce Henryka Sienkiewicza „Ogniem i mieczem”: „gorzałka ino tęgiej głowie służy” i naprawdę Karolowi Radziwiłłowi służyła. Jeśli natomiast Stanisław August pił alkohol to nie tylko zdecydowanie mu nie służył, ale wręcz szkodził, i to aż trzykrotnie w 1772, 1793 i 1795 roku, gdy podpisywał kolejne rozbiory ojczyzny, doprowadzając do upadku Rzeczypospolitej.

 

Janusz_Radziwill_malarstwo_historia

Janusz Radziwiłł (źródło kresy24.pl)

 

Nie zgadzając się z Józefem Gierowskim wtykam kij w mrowisko niczym angielska sinolog Frances Wood, która poddała w wątpliwość pobyt Marco Polo w Chinach. Nie można uważać za autora hasła „nie pozwalam” Janusza Radziwiłła, który poza poddaniem pomysłu szerszej części społeczeństwa szlacheckiego, tak naprawdę nie wprowadził go do polskiej polityki. Zrobił to za niego dopiero Jan Kazimierz, ugruntowując w Rzeczypospolitej liberum veto na drugim zerwanym sejmie w 1654 roku. Podobnie nie można uważać, że Marco Polo był w Chinach, skoro w swoim głośnym dziele „Opisanie świata” nie wspomniał o murze chińskim. Czyżby nie słyszał o długim na kilka tysięcy kilometrów murze oddzielającym Chiny od stepów mongolskich? Najwyższy więc czas na zweryfikowanie mylnych poglądów tak głęboko zakorzenionych w historiografii.